Czas na plusy.

Pierwszy plus przyznaję organizatorom wernisażu artystycznych prac naszych mieszkańców, to jest terapeutkom Dorotce, Natalce i Kasi; a jeszcze większy plus wykonawcom tych prac. Każde rękodzieło to arcydzieło. W życiu nie przypuszczałam, że są wśród nas tacy artyści. Grzesia prace znałam, potrafi zrobić z zapałek domy, kościoły i całe zagrody gospodarskie; a teraz zaczął swoje dzieła robić w glinie – wysoka brama z naszego miasta to miniatura oryginału. Pani Gienia to opoka obu pracowni artystycznych nie dość, że wybitnie utalentowana to jeszcze obdarzona wyjątkową cierpliwością. Każda jej praca jest wykonana perfekcyjnie. Każdy detal jest wykończony precyzyjnie. To co ona zrobiła i jak, to nie sposób wymienić, jest tego tak dużo i to wszystko to jeden wielki zachwyt. Jej wazony, karafki, misy czy patery są tak piękne, że brakuje słów. Podobno pomysły podsuwają jej wymienione wyżej terapeutki. bo to wszystko mieć w głowie to aż nie możliwe. Nie wiedziałam, że Ania potrafi robić miniaturowe cacka – ludziki, zwierzątka. Pani Marysia specjalizuje się w robieniu biżuterii dla elegantek. ,Pani Marianna zrobiła niby znane nam już rzeczy użytkowe – miseczki. Jednak jak ona to zrobiła, te wielobarwne naczynka. Do zespołu artystów dołączył Zygmunt z namalowanym bukietem kwiatów. Małgosi kartki z życzeniami na każdą okazję, to dzieła sztuki same w sobie. Wszystko przepiękne. Mieszkam w naszym Domu już parę ładnych lat, wielokrotnie widziałam wystawiane na pokaz prace naszych mieszkańców ale takich pięknych prac nie było nigdy. Takie prace jakie są wykonywane teraz mogą z powodzeniem zdobić salony. To wszystko samo w sobie piękne, miało jeszcze piękną oprawę, to był prawdziwy wernisaż;byli zaproszeni goście, zastawione stoły z poczęstunkiem i recytowano wiersze; wiersze takie trochę inne, pisane przez poetów których i dusza i myśli opętane są pracami plastycznymi które sami wykonują. Z tych wierszy wyraźnie wynikało, że ich głowy są pełne pomysłów do przyszłych prac. Chciałam sprawdzić czy dobrze je odbieram. Na drugi dzień pożyczyłam teksty wierszy i zaczęłam czytać dla siebie; dziwne to było uczucie ponieważ żeby odebrać prawidłowe odczucia musiałam przenieść się myślą na wczorajszy wernisaż. Wiersze te to wyznania twórców prac plastycznych i jakby napisane specjalnie na tę okazję. Poeci niestety nie znani.

Drugim bardzo ważnym wydarzeniem były hucznie obchodzone urodziny naszego stulatka. W naszej sali widowiskowej, pięknie udekorowanej, stoły uginały się od rarytasów. Tłum gości ledwie się mieścił. Wśród gości oczywiście był nasz nowo upieczony Prezydent. Uroczystość rozpoczęła się w naszej kaplicy mszą w intencji naszego stulatka. Na zakończenie mszy zebrani zaśpiewali piosenkę, którą ćwiczyliśmy od miesięcy na naszych sobotnich śpiewach, to życzenia ujęte w piosence. Na organkach melodię zagrał nasz kościelny, o dziwo zagrał ładnie. Trochę było mi głupio ponieważ tę właśnie piosenkę przygotowałam do zaśpiewania podczas przyjęcia na sali, ale ponieważ w kaplicy zaśpiewano tylko refren więc pomyślałam, że śmiało będziemy mogli ją zaśpiewać w całości jeszcze raz. I stał się cud- dwaj najwięksi wrogowie – kościelny czyli PAN NIKT i ja, wykonaliśmy ten utwór wspólnie i całkiem zgrabnie. Żebym na tym zakończyła wspominać uroczystość urodzinową to byłyby same plusy – NIESTETY doszedł ogromny MINUS. Ten tłum gości, odświętnie wystrojony, z prezentami i mnogością kwiatów zapomniał po co przyszedł. Cieszył się, że jest w tłumie ale nie zwrócił uwagi, że nie było JUBILATA. Jak wszyscy ruszyli z kaplicy do świetlicy, ja na chwilę wróciłam do swojego pokoju, tak więc od tłumu dzieliły mnie trzy minuty. Idę pustym korytarzem i oczom nie wierzę przede mną drobniutkimi kroczkami kroczy, w zupełnej samotności, nasz JUBILAT. Wyobraźcie sobie – długi pusty korytarz i drepczący samotny stulatek podążający do tłumu który chyba nawet na niego nie czekał. Wzięłam jego rękę umieściłam pod swoją pachą i dreptaliśmy razem. Jak już byliśmy przy drzwiach świetlicy, podbiegła do nas pani dyrektor i przejęła ode mnie naszego HENIA STULATKA.

Oto uwaga na przyszłość w razie organizowania takiej hucznej imprezy. Planowaniem imprezy może i nawet powinien zająć się zespół ludzi ale za imprezę w całości zawsze odpowiadać musi jedna osoba. Po przygotowaniu wszystkiego należy sprawdzić czy wszystkie detale zostały spełnione. W dniu takich urodzin jakie miały miejsce 13 listopada szanowny Jubilat powinien mieć opiekuna od początku do końca. Dla niego to jest zbyt duże przeżycie żeby go pozostawić samego. Przypomniały mi się 90 urodziny mojej siostry, jak one były pięknie zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. Nie tylko Jubilatka miała opiekuna ale i jej siostry, które też były leciwe, bo pozostali to byli młodzi ludzie; a mimo to, że jubilatka była w gronie swojej rodziny, jak zobaczyła tłum 50 osób miała ochotę gdzieś się schować i siedzieć w ukryciu. Nie była pozostawiona sama sobie ani na moment.

U nas w listopadzie impreza za imprezą nie jestem w stanie na wszystkich być i je opisać.

Tak więc to wszystko NARA !!

Same minusy !

Pierwszy minus, jak zwykle, dla siostry przełożonej. Idź kobieto już na emeryturę, zwolnij miejsce dla młodych, zdolnych, z otwartymi głowami i chętnymi do pracy. Na co komu te twoje znajomości jeśli przez takie podejście do pracy jakie masz możesz doprowadzić do nieszczęścia. O bezmyślnym zakwaterowywaniu ludzi pisałam niejednokrotnie. Niestety sytuacja się powtarza. Na moim korytarzu zakwaterowano panią z chorobą altzhaimera. Owa Pani, elegancka i wyglądająca pięknie, bez przerwy szuka drogi do wyjścia. Ponieważ nikt jej jeszcze nie zna to tę drogę wskazują i tylko cudem trafia się ktoś kto pomyśli, że coś tu nie gra. Opiekunka z naszego rewiru ma pod opieką 40 osób a bez przerwy musi szukać tej pani i przyprowadzać z próby ucieczki. Nie może jej zamknąć w pokoju bo może próbować wyjścia przez okno; tego próbował już jeden z podopiecznych. Przecież mamy oddział dla ludzi z tą choroba, z którego trudno jest wyjść bo opiekun ogarnia wszystkich 11 osób. Jeśli nie ma akurat miejsca na tym oddziale to można do nas przenieść od nich osobę już leżącą, a takie są, która nie będzie uciekała a u nas będzie odpowiednio zaopiekowana. Zawsze jest jakieś wyjście tylko trzeba pomyśleć. Jeszcze jeden minus dla siostry przełożonej. Zwróciłam się z prośbą o nowy materac, na zasadzie jeśli nie ma to trudno ale proszę mnie wpisać na listę oczekujących. Trzeba być naszą siostrą przełożoną żeby zaproponować mi materac używany który komuś wymieniono na nowy a dla mnie może być i taki, po co wyrzucać. Siostrzyczka chciała upodlić mnie a upodliła siebie. Trzeci minus dla siostry przełożonej to utrzymywanie w alkoholiźmie naszą mieszkankę. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi. Ktokolwiek inny aż tak nadużywałby alkoholu to już dawno wyleciałby z każdego DPSu. Panowie którzy z nią pili byli nękani kilkukrotną zamianą pokoi, byli odsyłani na przymusowe leczenie a nawet eksmitowani, a ona nic, pije sobie do woli, zanieczyszcza straszliwie pomieszczenie w którym mieszka, a nawet handluje alkoholem a dyrekcja tego nie widzi. Ta jej samowolka kłuje w oczy ponieważ trwa już od 6 lat, czyli od początków covidu 19, wówczas ta niesprawiedliwość bolała szczególnie. Komentarze na ten temat są różne na ogół dotyczą jej posiadłości, które miała przed przyjściem do DPSu, no bo jak wytłumaczyć fakt, że ma pozwolenie na chodzenie po pokojach nocą, posiniaczona, cuchnąca alkoholem i wymiocinami, a mimo to zasłużona mieszkanka DPSu.

Teraz minus dla Działu Socjalnego, za to, że nigdy nawet nie pomyśli żeby zorganizować wyjazd na pogrzeb naszego mieszkańca. Jakaś delegacja trzech czy czterech osób a rodzina zmarłej odebrałaby to życzliwie. Za poprzedniej dyrektorki zawsze był ktoś kto żegnał w imieniu mieszkańców. Zawsze znalazły się jakieś grosze na znicz albo kwiatek, teraz tego nie ma już od lat. Pisałam o tym jak był pogrzeb Jarka, że nawet jak złożyliśmy się na kwiaty to nie było możliwości te kwiaty położyć na grobie. Opisałam to we wpisie zatytułowanym Codzienność I , jest to wpis z dnia 21. I. 2023 r. akapit trzeci. Wstyd mi za was.

I to wszystko NARA !!

Zaduszki.

W taki dzień zawsze wspominam kogoś kto odcisnął piętno na moim życiu i już go nie ma a ja często o tym kimś myślę. Był styczeń 1975r. Stałam na przystanku autobusowym. Przyjechał autobus z którego próbowała wysiąść młoda kobieta w zaawansowanej ciąży, niestety poślizgnęła się i upadła. Podbiegłam do niej równolegle z jakimś młodym panem. Ów pan bez namysłu zatrzymał pierwszy lepszy samochód, wziął ciężarną na ręce i podjął decyzję – wieziemy tę panią do szpitala. Zna ją pan – spytałam; nie nie znam, a pani? Ja też niestety nie. Trafiliśmy w trójkę na porodówkę, mnie nie wpuszczono a owego pana tak – powiedział, że jest mężem i ojcem dziecka. Rozmawiał z ciężarną dość długo, ona powiedziała mu to co powinien ewentualny mąż wiedzieć. Urodziła zdrową córeczkę a ja i ten pan na początek zostaliśmy rodzicami chrzestnymi. Dlaczego na początek, bo bardzo szybko ów pan został oficjalnie wpisany do aktu urodzenia jako prawowity ojciec. Okazało się, że ta 18 letnia dziewczyna nie miała nikogo. Chłopak z którym zaszła w ciążę jak dowiedział się, że będzie ojcem ulotnił się, ślad po nim zaginął. Dopiero jako 40 sto latek, chory i samotny zaczął szukać swojego dziecka. Dokończyła poszukiwań jego siostra bo on niestety zmarł. A pan z przystanku zakochał się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia, został oficjalnym tatą narodzonego przy nim dziecka i żyli szczęśliwie, niestety nie długo. Mieli jeszcze swoich wspólnych, trójkę dzieci i już tylko oni po tej wzruszającej miłości zostali.

A co słychać u nas ? Ostatni wpis zamieściłam już w czwartek w ubiegłym tygodniu ponieważ w piątek od rana musiałam być na Oddziale Okulistycznym w szpitalu na zastrzyku w oko. Po takim zabiegu przez dwa dni źle się czuję więc wolałam wszystko załatwić wcześniej. Wracając ze szpitala idę z zaklejonym jednym okiem , a drugim już ślepym , korytarzami naszego Domu i czuję, że opiekunka kieruje mną nie tak jak powinna, pytam więc – co się dzieje, a Pani Marysia odpowiada – główna winda jest zepsuta tak więc musimy jechać małą windą i przejść przez ” Leśną Chatę ” . I dopiero wówczas zobaczyłam co to znaczy zepsuta winda, a windy u nas psują się nagminnie. Była pora obiadowa tak więc z obiadem trzeba było jakoś przedostać się na Dział Medyczny. Jak zepsuje się winda w ” nowym pawilonie ” to opiekunki i pokojowe roznoszą po schodach pojedyncze posiłki. Jest ich w sumie nie wiele, około 10 posiłków ale jak zepsuje się winda główna, tak jak to miało miejsce w piątek, to jest to ogromny problem. Właśnie natrafiłam na ten problem. Żeby wyjechać z ” Leśnej Chaty ” na Oddział Medyczny trzeba wózkiem pokonać dość spadzistą górkę ( tych górek jest u nas dużo za dużo), a na wózku są gary z trzydaniowym obiadem dla około 60 osób. Żeby garnki nie pospadały trzeba je po prostu zdjąć z wózka, następnie ciężki wózek barowy wepchać pod tę górkę a później wnieść wszystkie gary pod górkę na wózek. To wszystko jest diablo ciężkie, nie możesz niczego się trzymać idąc pod tę górkę, bo musisz trzymać gary. Boże, współczuję wam, taki ciężar – krzyknęłam; a w odpowiedzi usłyszałam – a jakie to wszystko jest gorące. Wystarczyłoby żeby jedna z pań potknęła się, to wszyscy byliby tragicznie poparzeni. Ciekawa jestem czy pani dyrektor widziała chociaż raz ten obrazek. Widziałam go ledwo, ledwo, bo w tym dniu byłam ślepa, żeby nie moje chore oczy to sfilmowałabym tę scenę katastroficzną i film zaniosłabym do Inspekcji Pracy. Jeszcze nie raz będę widziała taki horror i na pewno go sfilmuję. Spytam też naszego pana od bezpieczeństwa i higieny pracy czy wie co się u nas dzieje, czy tak jak większość pracowników chce mieć tylko święty spokój. Bo u nas tak jest – jedni harują ponad siły a inni komplementują tylko p. dyrektor. ” Każdy pochlebca żyje kosztem tych którzy mu wierzą i psuje im opinię „. Na miejscu szanownej pani dyrektor warowałabym pod gabinetem Prezydenta tak długo aż otrzymałabym pieniądze na windy, grożąc zamknięciem DPSu. Ale do tego trzeba mieć jaja, czyli poczucie, że jestem coś warta i dlatego mogę tupnąć i postraszyć. Bo mam nadzieję, że rozmowy dyplomatyczne już miały miejsce i to nie jednokrotnie. Fakt inny Prezydent obiecywał pieniądze na windę a inny będzie musiał je dać, jednak kto by nie był na tym stanowisku to reprezentuje Urząd Prezydenta.

I to byłoby wszystko. Niech wszyscy święci balują w niebie i niech się sypie złoty kurz. NARA!!

Jesień w atrium…

Jak wchodzę o świcie do atrium to jest jeszcze ciemno i cicho. Moje malutkie świergotki, które jeszcze miesiąc temu budziły się z wielkim ćwierkającym wrzaskiem teraz jeszcze śpią. Budzą się pojedynczo, jakoś nie chętnie i każdego dnia o pięć minut później, dopiero około godz, 7 I to mają być Raniuszki, prędzej nazwałabym ich teraz Leniuszkami, widocznie Raniuszkami są wiosną i latem jesienią już nie. Chyba do atrium przychodzą teraz wyłącznie osoby korzystające z jego piękna bo jest czyściutko, nikt nie brudzi ani nie bałagani. Ławki i stoły są równiutko poustawiane, z okien i balkonów pozabierane są kwiaty i to wszystko z lekka obsypane pożółkłymi liśćmi. Jest pięknie. Liści jest nie wiele ponieważ w naszym atrium są tylko dwa drzewka liściaste. to drzewa różane, reszta to żywotniki. To atrium to pamiątka po poprzedniej dyrektorce, która bardzo dużo zrobiła dla naszego DPSu jednak pamięta się tylko to zło które wyrządziła przez nie opanowaną chęć zysku. ” Zła myśl zwiększa chytrość ale i zmniejsza rozum”. Teraz nie powstaje nic nowego jest tylko ciągła łatanina.

Zawsze byłam zakochana w takiej bardzo wczesnej porze dnia ale jesienne świty kocham szczególnie. Jesienią natychmiast po wyjściu z domu staję się melancholiczką.

Październikową idę aleją, usłaną kolorami jesieni: brązem, purpurą i złotem, to wszystko w słońcu się mieni. Słońce rozjaśnia nam twarze, ciepłem otula nas jesień. Zamykam oczy i marzę, bo same dobre myśli taka jesień niesie.

Jesień owszem jest piękna i mnie rozczula ale jest coś co mnie denerwuje – to brak organizacji pracy u nas w DPSie i jakoś dziwnie pojęta oszczędność. Zakupiono jakąś partię energooszczędnych żarówek pewnie za najniższą ceną. Te żarówki przepalają się na potęgę np. u mnie w ciągu miesiąca żarówka przepaliła się trzykrotnie. Oszczędność jak diabli. Druga rzecz to organizacja pracy. W tym tygodniu i ubiegłym pracownik w naszych łazienkach instalował uchwyty przy sedesach i przy brodziku. Czy na prawdę nie mógł wchodząc do jednej łazienki zainstalować oba uchwyty, a nie w jednym tygodniu zamontował jeden za tydzień przyszedł z drugim. Jeszcze żeby po sobie pięknie posprzątał, to ewentualnie mogłoby być. Jeśli nie umie albo nie lubi sprzątać żeby umówił się z pokojową która po jego robocie posprzątałaby, ale nie w pierwszym tygodniu przyszedł jak nasza pokojowa miała dzień wolny a majster nabałaganił i poszedł a brud został, w następnym tygodniu z drugim uchwytem przyszedł pięć minut po generalnych porządkach jakie co tydzień robi pokojowa. Oczywiście nie pozwoliłam mu na robienie bałaganu w posprzątanej na błysk łazience. A ponadto jak będzie chciał zamontować uchwyt przy brodziku, to będzie musiał wymontować krzesełko bo jedno drugiemu będzie przeszkadzało. Z tego krzesełka nigdy nie korzystałam ponieważ, moim zdaniem, jak kąpiący się na nie usiądzie to już nie ma pola manewru, musi go myć ktoś bo sam nie da rady, zaleje całą łazienkę, ( może dlatego byłam przez wiele lat zalewana ).

Za czasów kiedy ja byłam czynna zawodowo a do pracy przyjmowano nowego pracownika to oddawano go pod opiekę pracownika doświadczonego i według szefostwa pracownika porządnej roboty. Miałam taką podopieczną która po latach była w zarządzie najwyższych władz naszego województwa a nauczyłam ją wszystkiego począwszy od rozpoczęcia dnia pracy, (nigdy na ostatnią chwilę ), poprzez przyjmowanie interesantów – nigdy nie wolno odpowiedzieć to nie do mnie, tylko zaprowadzić petenta do odpowiedniej osoby i przedstawić sprawę. Tam gdzie pracowałam nie było żadnych pokoi socjalnych ani przerw na śniadanie; nauczyłam więc swoją podopieczną jak należy jeść śniadanie żeby nikt nie widział, że jesz i żebyś zawsze była na stanowisku pracy – górna szuflada biurka powinna mieć wygospodarowaną środkową część, w której mogłaś mieć kanapkę a jak interesant wchodził to po prostu szufladę się zamykało. Kończąc dzień pracy należy przygotować sprawy do załatwienia na jutro a samo biurko zostawić w jak najlepszym porządku, najlepiej żeby na nim niczego nie było. I to zawsze czyste moje biurko przyczyniło się do wykrycia sprawcy, który nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak kradł co się dało z biurek i godzinami prowadził rozmowy tak zwane międzymiastowe, z telefonów służbowych, rozmowy takie wówczas bardzo drogie. Któregoś dnia przyszłam rano do pracy i oczom nie wierzę – na moim biurku leży kartka z notatkami i nieznanym mi numerem telefonu. Po pierwszych cyfrach już wiedziałam, że to numer nie z naszego miasta. Poprosiłam o wykaz rozmów międzymiastowych wychodzących od nas. Sprawdziłam kiedy pod ten numer dzwoniono. I tak po nitce do kłębka wykryłam sprawcę i rozmów międzymiastowych i kradzieży. Po latach przychodzę do biura córki i oczom nie wierzę ów pan zdemaskowany przeze mnie pracuje u mojej córki i ona ma do niego pełne zaufanie. Niestety musiał wylecieć z hukiem. Tak więc cwaniactwo zdemaskuje cwaniaka wcześniej czy później a porządna robota zawsze się opłaca, nie zawsze niestety finansowo ale moralnie ( chociaż to słowo dla wielu ludzi jest obce ) daje jednak satysfakcję. Życzę każdemu satysfakcji ze swojej moralności, to piękne uczucie. I tak od jesiennej alejki, przez nasze łazienki doszłam do organizacji pracy i moralności, a ściślej etyki zawodowej. Tak więc czas kończyć.

Jeszcze tylko słówko do Pani Ani – przepraszam, ale nie umiem pisać do kogoś, dlatego zawsze odpisuję na swoim blogu. Ciągle słyszę – to bardzo proste, zobacz; a ja się zamknęłam na wszystko czego musiałabym się nauczyć. Dziękuję Aniu, że piszesz do mnie, że czytasz i za wszystkie miłe słowa dziękuję.

N A R A !!

Bezsenność

to stan który dopada prawie każdego, wcześniej czy później , trwa krócej lub dłużej ale każdego. To znów temat z TVN – u Wsłuchiwałam się w te przeróżne porady, mówiono, że są specjalne urządzenia stymulujące mózg, ale że i włożenie do snu skarpetek pomaga w ukołysaniu. Mnie bezsenność dopadła jak miałam 35 lat. To była kilkutygodniowa faza bezsenności. Taka bezsenność na dzień czy dwa to nic wielkiego ale bezsenność ponad dwudziestodniowa to już problem, zwłaszcza, że byłam samotną matką z dwójką dzieci – co zobowiązuje, byłam osobą pracującą i udzielającą się artystycznie związaną umowami. Dzisiaj na ogół ludzie w takiej sytuacji uciekają się w narkotyki, bo to ciach i po problemie, a później niech się dzieje co chce. Moje pokolenie jednak myślało perspektywicznie, a ponadto nie znało tej trucizny jaką jest narkotyk. Mnie z bezsenności wyleczyła i to na zawsze, mama naszych tancerek – pań Felskich. Uprzedziła mnie, że będzie to długa kuracja. Senność będzie przychodziła powoli, codziennie po pół godzinki dłużej będę spała a zacznę spać po dwóch, trzech dniach trwania kuracji. Jeśli chcesz się wyleczyć z bezsenności całkowicie to musisz się przygotować na miesięczną kurację – mówiła.. W tym celu musiałam kupić w zielarskim sklepie 30 torebek ziela marzanny i codziennie, przez miesiąc kapać się w wywarze z ziół. Szykowałam kąpiel w wannie, w kuchni zaparzałam garnek ziół które cedziłam i wlewałam do wanny. W tej gorącej kąpieli musiałam być jak najdłużej. Podobała mi się ta kąpiel ponieważ marzanna zabarwiała moją skórę na piękny złotawy brąz. Wyglądałam jakbym codziennie po troszeczku opalała się, a skóra zrobiła się aksamitna i została taka na stałe. Do łóżka kładłam się z coraz większym apetytem, czułam się bardzo szczęśliwa, że mogę się położyć w pościeli i to uczucie również towarzyszy mi na stałe. Z bezsenności wyleczyłam się. Owszem zdarza mi się bezsenna noc czy dwie, ale to żaden problem w porównaniu z prawdziwą bezsennością. Jak to jest w życiu, że dobre uczynki czy porady pamięta się przez dziesiątki lat i mogę je przekazać z życzliwością dalej.

No i pięknie minął dzień 16 X, czyli dzień w którym to z wielką nadzieją przyjęłam zastrzyk w kolano. W gabinecie lekarskim byłam 3 minuty. 2 minuty trwało zrobienie zastrzyku – po wkłuciu zawartość strzykawki dozuje się i po każdej porcji otrzymanego leku lekarz pytał czy boli? Nie bolało. Do Domu wróciłam pieszo i sama, oczywiście korzystając po części z autobusu, jednak sam fakt, że idąc nie odpoczywałam uważam za sukces. Jeszcze idąc czułam się bardzo osłabiona, przecież dopiero zaczęłam przyjmowanie antybiotyku, którego lekarz wypisał po 9 dniach choroby. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Ortopedą, u którego byłam ostatnie dwa razy , jestem zachwycona – cierpliwy, informujący o wszystkim co będzie robił i dlaczego i spełniający prośby pacjentki, ja np. chciałam mieć specjalne ustawienie kozetki, po to żebym bez pomocy mogła na nią wejść i zejść. Weszłam do gabinetu bez chodzika udając prawie zdrową. Na spacery jeszcze chodzić nie będę ze względu na złe samopoczucie ale do atrium już chodzę od poniedziałku. Mnie się zdaje, że jak nie idę ćwiczyć to grzeszę. Ciężko mi to idzie bo jestem słabizna ale na pewno będzie dobrze, zwłaszcza, że swoje paciorki odmawiam znów chodząc ( od czwartku ), nie na siedzący jak ostatnio. Radość, że chodzę nie jest stuprocentowa bo po 10 minutach chodzenia zaczyna boleć kolano, to nie jest taki ból jak przed zastrzykiem ale jest. W nocy również jak ułożę się źle to trochę boli. Jestem pewna, że będę musiała wziąć tych zastrzyków więcej niż jeden. Drogie jest to zdrowie, którego prawie nie ma na starość.

P.S. Bardzo dziękuję Pani podpisującej się Ania za życzenia powrotu do zdrowi a i za miłe słowa. Ponieważ w jednym wpisie miałam podwójne życzenia tak więc dziękuję podwójnie. Wiem, że życzenia powrotu do zdrowia spełnią się na pewno, natomiast czy do ponownego śpiewania? Bardzo wątpię. Ale bardzo, bardzo dziękuję. No i oczywiście pozdrawiam również życząc zdrowej jesieni na przekór ewentualnej jesiennej aurze.

I to już wszystko – NARA !

Ironia losu.

Od tygodnia nie mogę się wygrzebać z jakiejś bakterii czy wirusa, który opanował moją krtań. Chorowałam w swoim długim życiu na zapalenie krtani ale żeby z taką mocą to nigdy. Krtań zaczęła mi straszliwie puchnąć i mnie dusić. Głos rzęził przez ból gardła duszonego i znikąd pomocy, w Domu Pomocy – to taka ironia losu. Tempo opanowywania mojego organizmu przez tę ” zarazę ” było zastraszające. Do obiadu byłam zdrowa a po obiedzie na wpół żywa i nie jestem w stanie powiadomić kogokolwiek o moim stanie. Codziennie, druga zmiana odwiedzała mnie, czekałam bo codziennie, ale nie w tym dniu kiedy potrzebna była mi pomoc. To ta ironia losu. Nocna zmiana na każdym swoim dyżurze, otwierała moje drzwi z klucza i odeszła dopiero jak usłyszała mój głos. Tej nocy, żeby mnie nie ominęły otworzyłam drzwi na oścież i czekałam. Usłyszałam tylko jak pielęgniarka minęła moje drzwi bez żadnego zainteresowania dlaczego są tak szeroko otwarte i poszła. Ta ta ironia losu. Żeby nie zapomniały o mnie moje opiekunki, z mojego korytarza, jak przyjdą raniutko do pracy, zapaliłam światełko alarmowe. Punkt 6rano opiekunka była. To był wtorek tak więc sprawa prosta – zapisać wizytę lekarską, jako że lekarz przyjmuje we wtorki. Kamień z serca, nareszcie będzie pomoc i fachowa rada. Niestety nie, to był dalszy ciąg ironii losu. Lekarz tak się rozpędził wizytując chorych, że pominął mój pokój i popędził dalej. No bo kto by się spodziewał chorej pani Danki. Musiałam się jakoś ratować. Wlałam sobie szklaneczkę miodu pitnego, pijąc czułam jak rozluźnia mi się moja krtań. Po takim leku spałam do końca dnia i przez całą noc. Nikt nie był mi potrzebny, chociaż słyszałam, że co rusz ktoś krząta się koło mnie. Od pięciu dni jestem chora i leczyć się muszę sama. Mam niezbędne leki ( miodu już nie mam, miałam tylko szklaneczkę ) ale są to leki takie bez recepty, także choroba się babrze. Przez tę chorobę musiałam następną kartkę informacyjną wrzucić do kosza. To informacja, że naszego cosobotniego śpiewania nie będzie. Następny fragment mojego życia trafił do kosza na śmieci. Ponieważ jestem pewna, że to choróbsko opanowało mnie podczas naszego śpiewania, to już nie będę ryzykowała. Podczas śpiewania ja biorę bardzo głębokie oddechy. Mój silny głos potrzebuje ogromnej ilości powietrza; podczas oddechu wyraźnie czuję, że ściągam w głąb siebie całe pokłady chorób jakie są na sali. A one są, bo na sali są wyłącznie starzy i chorzy ludzie, tak samo jak ja. Żeby mieć taki głos jaki mam ja to należy prawidłowo oddychać, czyli że oddech ma być głęboki, sięgać aż do przepony i odświeżać całe płuca. W sali widowiskowej oddychając nie odświeżę płuc, ponieważ sala ta nigdy nie jest wietrzona. Traktowana jest jak przejściowy korytarz. Tak więc karteczkę informującą o śpiewaniu wyrzuciłam na stałe do kosza. Na stałe do kosza wyrzuciłam część swojego życia.

Jako, że jestem osłabiona to więcej leżę i oglądam telewizję. Oglądając Dzień dobry TVN wysłuchałam wypowiedzi Julii Wieniawy na temat jej nowego utworu muzycznego zatytułowanego – Nic nie zmieni. To piosenka opowiadająca o jej przeżyciach i systematycznym popadaniu w depresję. Zdałam sobie sprawę, że jestem cholernie silną osobą, jeśli zupełnie samotna, stara i uzależniona od osób gnębiących dałam radę i nie popadłam w depresję. Jak walczyłam z tą patologią, która firmowana była i jest przez dwie najważniejsze osoby – p. dyrektor i siostrę przełożoną, opisałam na swoim blogu we wpisach: Część II rozdział 13, 14 i 15, oraz Część III strona 2, 3, 4, i 5. Włos się jeży, że prawie zawsze rządzący trzymają z hołotą – z nią bardzo łatwo się dogadać ale tylko patologia ma z tego satysfakcję.

I to wszystko – NARA !

Karteczki informujące…

Za każdym razem jak wychodziłam z pokoju na dłużej za wizytówkę na drzwiach wkładałam karteczkę informującą dokąd poszłam i o której wrócę. Tych karteczek zebrało się kilka, ponieważ nie chciałam za każdym razem wypisywać to zrobiłam je na twardym papierze wypisane flamastrem i trzymałam w koszyczku a wychodząc wybierałam odpowiednią kartkę i wkładałam ją za wizytówkę. Kartkę informującą, że jestem w ogródku zlikwidowałam już dawno, bo już od dawna do ogródka nie chodzę; a ostatnio zniszczyłam kartki informujące – poszłam na spacer czy poszłam do miasta. I właśnie to zniszczenie owych kartek poinformowało mnie z wykrzyknikiem, że życie ze mnie odchodzi, bo ani na spacer ani do miasta już nie chodzę. Jeszcze została w koszyczku jedna karteczka – jestem na spacerniaku, czyli w atrium. jak długo ta kartka będzie aktualna nie wiem. Jeszcze nie tak dawno, poza ćwiczeniami chodziłam sobie z kijkami po tym spacerniaku, od ponad pół roku chodziłam już tylko z chodzikiem a ostatnio już i tego nie mogę robić ćwiczę oddech siedząc na chodziku. Jeszcze mam nadzieję, że po zastrzyku w kolano, czyli po 16 października wrócę do jako takiej formy i znów kartki będą aktualne. Kto wie, cuda się zdarzają.

Jestem pełna podziwu dla naszych pracowników kuchni, niedzielny obiad w całości był smaczny ale bitki w sosie to mistrzostwo świata, brałeś do ust mięsko a ono rozpływało się w ustach. Mięso nie jakiś tort. Pomalutku personel pracujący w kuchni zaczyna się kompletować, już nie dwie osoby szykują posiłki dla 150 osób a cztery. To jeszcze ciągle mało ale już jako tako. A Marianka mówi – nareszcie i moja ulubiona kuchareczka wróciła ze zwolnienia lekarskiego. Pytam więc kto to taki, a Marianka na to – to Danusia. Mina mi zrzedła, bo niestety ja nie mogę zapomnieć jej podejścia do mnie w czasie kiedy to była na mnie największa nagonka. Z pracowników kuchni to tylko ona i towarzysząca jej w pracy nowa wówczas pracownica Ula ( moja wieloletnia sąsiadka ) traktowały mnie nie godnie. Wstyd mi za takich osobników, którzy żeby przypodobać się dyrektorce i jej przydupasom są gotowi pomiatać człowiekiem choć ten na to nie zasłużył. Ulce jakoś wybaczyłam a Dance nie mogę. Nikt z pracowników kuchni nie przeszedł na stronę moich wrogów tylko ona, tak więc wryła mi się w wieczną pamięć. Inni pracownicy kuchni, wiedząc, że to co się dzieje w okół mnie jest niesprawiedliwe, to nawet okazywali serdeczność, żeby mi ulżyć psychicznie, żeby pokazać, że nie wszyscy są nie godni nazywać się ludźmi. Wiem, że powinnam zapomnieć o tym co było tak dawno, ale nie mogę. Przecież tym ludziom nic nie zrobiłam i żeby tak spytać dlaczego mnie gnębili przez kilka lat, bezwzględnie i bezustannie, założę się, że nawet nie wiedzą dlaczego.

Tak więc chodzić nie mogę a kuchnia gotuje pysznie, to co wówczas dzieje się z człowiekiem ? A niech się dzieje co chce. No chyba, że macie jakiś pomysł na chudnięcie jak się nic nie robi tylko leży i je.

I to już wszystko NARA !!

Lata pięćdziesiąte

Już myślałam, że nie będę miała o czym pisać, jednak jak trafił mi się dzień kiedy poczułam w sobie odrobinę wigoru, ( po przespaniu 12 godzin ) i w którym to dniu krzątałam się bezustannie i w tej krzątaninie wyszłam na korytarzowy spacer, ( w tym względzie już nie wiele mogę ), to i temat się znalazł. Chodząc naszym korytarzowym labiryntem czytałam wizytówki na drzwiach. Nagle jedno nazwisko przykuło moją uwagę. Postanowiłam wejść i przywitać się z panią o tak pięknym nazwisku. Wchodząc tak właśnie powiedziałam, że po przeczytaniu tak pięknego nazwiska musiałam poznać osobę zwłaszcza, że w swojej bardzo wczesnej młodości znałam pana o tym nazwisku a pan ów jest bardzo mocno związany z moim życiorysem. Pani, bardzo schorowana i z trudem mówiąca spytała – a jak brzmi pani nazwisko ? Powiedziałam. A owa pani na to – w młodości znałam Danusię o tym nazwisku, śpiewającą Danusię. To musiałam być ja, nikt inny. A pan o którym mówiłaś to brat dziadka mojego męża – powiedziała moja nowa znajoma. I zaczęły się opowiadania wspominające młodość. Nasze rozmowy przerwała wizyta córki pani u której byłam. jak wychodziłam to usłyszałam cichy głos – Danusiu, przychodź do mnie. Oczywiście, że przyjdę.

Jak już pisałam Pan z lat mojej bardzo wczesnej młodości, wręcz dzieciństwa, mocno wrył się w mój życiorys, ma w nim poczytne miejsce. Znajomość z nim opisałam w swoich rodzinnych korzeniach a na blogu we wpisie zatytułowanym – wszyscy razem w Olsztynie. To był rok 1953, miałam 12 lat i byłam solistką kapeli podwórkowej. Co wieczór na naszym podwórku rozbrzmiewała muzyka i śpiewy, które usłyszał ów pan, idąc ulicą Warmińską ze swoim przyjacielem i współtowarzyszem pracy na niwie kulturalnej. Ciekawość przywiodła obu panów na nasz „koncert.” Od tej pory zainteresowanie moim głosem połączyło się z ich pracą. To on zaprowadził mnie do Szkoły Muzycznej, do Rozgłośni Polskiego Radia i uczulił moją nauczycielkę śpiewu żeby dbała o rozwój mojego głosu. To dzięki niemu już jako czternastolatka miałam koncert radiowy, którego wysłuchali niemalże wszyscy olsztyniacy bo był nadawany przez megafony po kilka razy w całym naszym mieście. Niestety później nastąpiła długoletnia przerwa w naszej współpracy a spotkaliśmy się ponownie w roku 1970. Pracowałam wówczas w WDK a ów Pan ( między innymi ) przyczynił się do przyznani mi na Dzień Działacza Kultury, nagrody Urzędu Wojewódzkiego. To był rok 1972.

To byłoby na tyle z miłych wspomnień które przywołało spotkanie z nową znajomą. Już w pierwszym dniu naszego spotkania poskarżyła mi się, że w życiu nie przypuszczała, że w Domu Opieki, pomimo zapisania się na wizytę do lekarza na dzień kiedy lekarz przyjmuje wizyta zostanie przełożona o tydzień. Nasz lekarz przyjmuje tylko we wtorki, a tak się złożyło, że we wtorek 24 września pan doktor miał tak dużo pacjentów, że wizytę u pani przełożył na za tydzień. Ponieważ obiecałam, że będę przychodziła do swojej nowej znajomej, tak więc zgodnie z umową na drugi dzień wybrałam się do niej; i znów skarga – od dłuższego czasu dzwoni przywołując pomocy i nikt do niej nie przychodzi. Jak zobaczyła mnie to zawołała – Danusia, biegnij po pielęgniarkę. Nie pytałam o nic tylko poszłam ( bo już dawno nie biegam ) po pielęgniarkę, uprzedzając, że to potrwa ponieważ będę musiała jechać dwiema windami i przejść dobrych kilkadziesiąt metrów. A jeśli winda byłaby zepsuta, co zdarza się bardzo często, to pomóc nie mogłabym wcale. I w ten sposób chciałabym zwrócić uwagę na niedorzeczność wykonywanej pracy przez siostrę przełożoną. Wszystko co dotyczy nas chorych podopiecznych zależy od ustaleń przełożonej. DZWONKI ALARMOWE – na ogół nie zdają egzaminu. Owszem zapala się światełko w pokoju przed gabinetem pielęgniarek ale w nim na ogół nikogo nie ma. Zapala się też światełko nad drzwiami pokoju chorej ale i tu nie bardzo ono kogokolwiek interesuje – opiekunka obsługuje 40 pokoi i może być wszędzie i to w pokoju nie na korytarzu. Tak więc skutecznie alarmować mogą tylko współtowarzysze niedoli. Jak poprawić ten stan rzeczy wymaga pomyślunku a tego już od emerytowanej pielęgniarki, czyli przełożonej oczekiwać nie można. Jej się już nie chce. Ona od lat bazuje wyłącznie na swoich znajomościach. A ponadto – jak można tak bardzo chorą osobę zakwaterować tak daleko od służby zdrowia. Jeśli nawet pielęgniarki, jakimś cudem natychmiast podjęły by interwencję, to od nich np. do pokoju pani o której mowa, jest daleka droga a i windy są bardzo często zepsute. Niejednokrotnie pisałam na swoim blogu o problemie przywoływania pomocy do któregoś z chorych. Pisałam o p. Irence która pomimo to, że miała pokój na tym samym piętrze co cała nasza służba zdrowia to szybciej dodzwoniła się na numer 112. Pisałam nie dawno o p. Heniu który zniecierpliwiony przywoływaniem pielęgniarki zadzwonił do domu swojej znajomej i ta w środku nocy, z drugiego końca miasta przyjechała z pomocą. Ale czy kogoś to obchodzi. Tu wszyscy cierpią, wszyscy czegoś chcą a osoba odpowiedzialna chce mieć święty spokój.

I to byłoby na tyle – NARA !

Pożegnanie nie tylko lata…

Od kilkunastu dni miałam problem z komputerem, ostatni wpis musiał opublikować mi wnuk, który ma możliwość prowadzenia mojego bloga. Chciałam żeby koniecznie wpis był opublikowany terminowo, ponieważ jak tylko opóźnię publikację to natychmiast sypią się na ten temat komentarze. Oczywiście wytłumaczyłam wnukowi co dzieje się z moim laptopem, a nie działo się nic, nie reagował na nic. Kursor chodził po pulpicie ale nic nie odpowiadało na jego kliknięcia. Nie otwierało się nic. Wnuk uznał, że komputer się zawiesił i należy go wyłączyć na jakiś czas. Wyłączyłam na całą noc, nic nie pomogło. Po południu druga zmiana naszych opiekunów robiła obchód i opiekun zadał mi pytanie – jak samopoczucie? Odpowiedziałam, że bardzo złe i oczywiście wyjaśniłam że to z powodu komputera. A więc musimy temu zaradzić, dla poprawy samopoczucia naszej podopiecznej. Na pulpicie zaczęły się ukazywać różne tabele, różne informacje i diagnoza została wystawiona. Nie korzystała pani dotąd z myszki, – bo nie lubię tej myszy – odpowiedziałam. I córka i wnuk co jakiś czas kupowali mi myszki a ja je oddawałam komu się dało ponieważ nie umiałam i nie lubiłam posługiwać się myszką. Ale skoro ją pani ma to proszę pokazać co pani potrafi z nią robić. Boże, jak ta mysz zaczęła latać po pulpicie, widać było, że nie tylko ja jej nie lubię, ona mnie po stokroć bardziej. Proszę się nie martwić okiełznamy to zwierzę. Znów pokazały się tabelki i mysz została okiełznana. Niestety nie dla mnie. Na drugi dzień zaczęłam robić miejsce dla ” myszy”. Cały stół teraz zajmuje mysz. Jej ciągle jest mało miejsca. Nie wiem czy kiedykolwiek ją polubię. Teraz pisanie na komputerze mnie męczy a jeszcze tydzień temu to była sama przyjemność. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę co to znaczy korzystając z myszy wrzucić do kosza około setki komentarzy, tyle dostaję codziennie. Muszę poprosić opiekuna, żeby zablokował wszystkie wpisy obcojęzyczne bo inaczej to klikanie myszą mnie wykończy. Na ratunek z okiełznaniem myszy i laptopa przyszedł wnuk. Zaniósł sprzęt do serwisu, poprosił o szybką naprawę ,bo to piątek a babcia potrzebuje laptopa na sobotę; serwisant stanął na wysokości zadania, ale za to zadanie wysoko sobie policzył, wnuk miał gest i w ten oto sposób mogę pracować na komputerze po staremu, czyli bez myszy.

W tygodniu została odprawiona msza za duszę naszej stu jedno latki Pani Tamary. Zmarła zaraz po wojnie była śpiewaczką operową, później nauczycielką śpiewu w Szkole Muzycznej, aż wreszcie jej dyrektorem. W czasie kiedy prowadziłam w naszym Domu radio a w nim kącik melomana muzyki klasycznej, ściśle współpracowałam z Panią Tamarą. Była mi wyrocznią muzyczną. Do każdego utworu dopowiedziała jakąś anegdotę, jakąś ciekawostkę przez co ten kącik melomana stawał się ciekawy. Ostatnie lata całkowicie była pochłonięta modlitwą. Moim zdaniem msza odprawiona za P. Tamarę powinna mieć trochę inny charakter. W ogóle msze w naszej kaplicy i za nas mieszkańców powinny być bardziej osobiste. Zamiast kazania kilka słów powinni o niej powiedzieć jej bliscy znajomi. Powinno być dużo muzyki która towarzyszyła zmarłej całe życie. Ale to jest moje zdanie.

My chyba nic nie potrafimy zrobić tak jak należy od początku do końca. Ostatnio hucznie ogłoszono spotkanie w atrium z okazji pożegnania się z latem. Pogoda była piękna, ludzi było mnóstwo i wpadka organizatorów. Całe spotkanie polegało na tym, że poczęstowano nas babką ziemniaczaną i kompotem. I to wszystko, kompletnie nic więcej, żadnego śpiewania czy jakiegoś choćby słowa na temat. I to byłaby wpadka pierwsza, a druga to że nawet babki zabrakło. Opinia wyrażana przez większość gości tego spotkania – to była żałoba po lecie.

I to byłoby na tyle – NARA !

Ćwierkający wrzask.

Jak wiecie codziennie raniutko wychodzę do atrium żeby sobie poćwiczyć w cichości i na świeżym powietrzu, oddychając pełną piersią. Za każdym razem, jak tylko przekroczę próg dzielący budynek od ogrodu, słyszę ptasi wrzask. Aż trudno uwierzyć, że może być aż tak głośno od ptasiego ćwierkania, zwłaszcza, że w tym roku, zupełnie nie wiem dlaczego, w atrium są tylko maleńkie ptaszki, takie ciupeczki mniejsze od wróbelków, (to raniuszki sprawdziłam w internecie) a wrzeszczą jakby ich tam było setki. Jeszcze dziwniejsze w tym wszystkim jest to, że jak tylko przekroczę owy próg wrzask cichnie jak ręką uciął. To takie – ciach i jest cichutko. No czyżby te ptaszynki bały się mnie, no bo przez całe 40 minut jak jestem w atrium jest cisza jak makiem zasiał. Mnie się nie boi żaden zwierzak, kocham wszystko i co skacze i co fruwa. Muszę odkryć tę tajemnicę, dlaczego te świergotki cichną na mój widok. Zaczęłam przychodzić do atrium coraz wcześniej i po kilku dniach sprawa się wyjaśniła, ” one mają ustawione zegarki na godzinę 6, 30 , o której musi być koniec harców „. Oczywiście żartuję, ale codziennie o godz. 6. 30 ptasi wrzask milknie. Chciałam napisać koncert nie wrzask, ale to nie jest koncert, to taka kakofonia, mieszanina dźwięków, która kończy się co do sekundy o godzinie 6. 30.

. Idąc korytarzami naszego Domu o tak wczesnej porze, zauważyłam, że Pani Dyrektor również po nich błądzi. Czyżby chciała sprawdzić czy słusznie lituję się nad trudem pracy opiekunów, pokojowych i pracowników kuchni, którzy już od godziny 6 rano zasuwają nie pracują. O tej porze wszyscy bardzo intensywnie pracują; przerwę, jeśli mogą sobie na nią pozwolić, robią dopiero o godzinie 11, czyli po 5 godzinach pracy a ci którzy pracę rozpoczynają o godzinie 7.30, jeśli się nie spóźnią, zasiadają do stołu biesiadno – śniadaniowego już o godzinie 8. Czy nie mogliby zjeść śniadanie w domu i dopiero wybrać się do pracy? Po co przychodzą na godzinę 7.30, po to żeby zjeść śniadanie a potem po nim pozmywać i posprzątać – dyrektorska rozrzutność zezwalająca na taką fanaberię. Przykro mi, ale jeśli mi się coś nie podoba to wytykam to bez względu na stosunki łączące mnie z osobnikami o których piszę; a rozpoczęcie pracy od śniadania denerwuje mnie bardzo. Chociaż dzisiaj zauważyłam, że panie przychodzące do pracy na 7.30 i pracujące w ciągu dnia zaledwie 3 godz. 15 min. zaczęły pomagać innym pracownikom – wywoziły z sali gimnastycznej mieszkańców jeżdżących na wózkach. Dobre i to, a zauważyłam to ponieważ byłam w tym czasie w sali widowiskowej na – nie wiem na czym – z ogłoszenia wynikało, że miała to być prezentacja czegoś tam i wspólne śpiewanie zorganizowane przez pracownika, tak było napisane. Ponieważ tym pracownikiem był pan który już prowadził podobne spotkanie i tamto spotkanie podobało mi się, więc wybrałam się i tym razem. I co? I wtopa. Ekran był nawet przygotowany do wyświetleń czegoś czego nie było. Sala przygotowana do oglądania i wspólnego śpiewania a tu nic z tych rzeczy. Pan pobrzdąkał na gitarze nucąc dla siebie tylko znane piosenki, nadające się wyłącznie do słuchania w klubo-kawiarni, czyli bez widowni i specjalnego zainteresowania. W klubo- kawiarni bywalcy zachowują się swobodnie : jedni prowadzą dyskurs, inni grają w karty, inni po prostu sobie rozmawiają, a jeszcze ktoś inny brzdąka sobie na gitarze i nuci, na zasadzie, chcecie to słuchajcie. I właśnie to co było nam przedstawione miało taki charakter dowolności. Wprawdzie u nas nikt nie rozmawiał ale za to kilka osób spało. Przekonałam się, że nie mogę przed Panią Dyrektor chwalić wykonawców. Jak tylko poprzednio pochwaliłam to natychmiast usłyszałam, że w związku z tym Pan X będzie występował. Kiedyś pochwaliłam chór Uniwersytetu III Wieku, to po jakimś czasie chór wystąpił u nas z tej samej okazji, a jak z tej samej okazji to i z tym samym repertuarem, przecież to chór, jeden utwór ćwiczą przez kilka miesięcy. Żeby dać godzinny koncert muszą sięgać do znanego repertuaru i jak dla mnie to wtopa.

Muszę jednak też pochwalić, naszą dyrekcję, że wreszcie korzystamy z taniej apteki. Wprawdzie po wieloletniej walce toczonej przeze mnie, po której już zrezygnowałam z nadziei, że może być lepiej – a tu jednak. Cieszy mnie to bardzo bo to zbiegło się z czasem, kiedy to ja już samodzielnie do miasta nie chodzę, tak więc spokojnie leki i wszelkie suplementy kupuję w naszej nowej aptece. DZIĘKUJĘ w imieniu wszystkich mieszkańców.

T byłoby na tyle – NARA !