Samotne wyjścia do miasta,

do mojego miasta w którym przeżyłam 3/4 wieku. Takie wyjścia nastrajają mnie melancholijnie, a jeszcze jak spotkam kogoś, z kim w jakiś sposób byłam związana to wracam do DPSu z głową w chmurach. Tak się właśnie zdarzyło jak któregoś dnia przechodząc ulicą Warmińską, z sentymentem patrzyłam na każdy dom a zaglądając na niektóre podwórka to i nie jedną łezkę uroniłam. Nie byłam w stanie opuścić tej ulicy, tu przecież dorastałam. To tu przeżywałam i te dobre i te złe chwile. To tu dawałam pierwsze występy z kapelą podwórkową i dla widowni podwórkowej. To tu organizowałam wyścigi biegając przez kwadrat ulic – Warmińska, Mazurska, Dąbrowszczaków ( wówczas ulica Generalisimus Stalina ), Mickiewicza i znów Warmińska. Bieg zaczynał i kończył się na naszym podwórku. Do dziś mam pod skórą kolan wrośnięty piasek. Każdy zawodnik to ma, przecież biegając po ruchliwych ulicach, przewracaliśmy się nagminnie. Na pokaleczone nogi sypaliśmy piasek żeby zatamować krew. Jak krew przestała lecieć to dopiero robiliśmy okłady z krwawnika i babki lancetowatej. Boże, ile wspomnień… Przysiadłam na ławeczce, na skwerku koło ZUSu i utonęłam we wspomnieniach. Nagle usłyszałam pięknie brzmiący baryton – Nie wiele tu się zmieniło… czy mogę się dosiąść? Proszę, ale czy my się znamy? Pan przedstawił mi się… Boże, to dopiero wspomnienia. Chodziliśmy razem do podstawówki, do jednej klasy. To były lata pięćdziesiąte, dokładnie rok 1952 – 1956, i od tamtej pory nie widzieliśmy się. Słyszeliśmy co nieco o sobie, ja nawet czasem widziałam go w telewizji, przecież to filharmonik, grający przepięknie na trąbce – koncertmistrz. Czy on coś o mnie wiedział, nie wiem. Do klasy IV b dołączyłam jako nowa. Nie miałam żadnych dylematów z byciem nową, wprost przeciwnie, od razu poczułam się jak u siebie. Chciałam jak najwięcej wiedzieć o swoich rówieśnikach tak więc bacznie ich obserwowałam. Zauważyłam, że Bogdan, to pan który się dosiadł, jest zawsze głodny i podkrada dzieciakom kanapki. A że w naszym domu czego jak czego ale jedzenia i to dobrego, nigdy nie brakowało, zaczęłam zabierać coraz więcej kanapek do szkoły i kłaść je tak pod blatem ławki, żeby łatwo je można było wziąć nie zauważenie. Jak zginęły, to w przeciwieństwie do innych którzy robili larum na całą klasę, ja się cieszyłam. I tak bez słów zaprzyjaźniliśmy się. W szkole w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy, chyba nie zamieniliśmy ani słowa przez wszystkie lata. Nawet nie wiedziałam, że Bogdan, chyba w ramach wdzięczności, obserwował mnie po szkole. żeby być przy mnie w razie potrzeby. Wiedział, że kilka razy w tygodniu, późnym popołudniem biegałam do babci Anastazji, czyli mamy mojego taty, która mieszkała na Starówce. Któregoś dnia, to było jesienią bo mimo iż była dopiero godzina 16 było dość ciemno, zaczepił mnie znacznie ode mnie starszy chłopiec i to w dość niegrzeczny sposób. Chciałam się od niego wyrwać a nie udawało mi się. Raptem chłopak mnie puścił i złapał się za oczy. Odwróciłam się i zobaczyłam Bogdana. Co to było – spytałam. a Bogdan ze spokojem odpowiedział, że sypnął mu piaskiem w oczy, ( to miało miejsce na tym samym skwerku na którym spotkaliśmy się po siedemdziesięciu latach). Wychodząc z domu sama, powinnaś zawsze mieć pod ręką garść piasku. Noś jakiś fartuszek z kieszeniami a w nich piasek. Obronisz się zawsze. Zauważyłem, że ty w samo obronie plujesz i to dużo, to jak połączysz to swoje plucie z piaskiem to obronisz się zawsze. Miał rację, w ten sposób wyszłam z opresji i to po latach. To moje obfite plucie było objawem chorobowym po przyjęciu podwójnej dawki szczepionki przeciw gruźliczej – wzięłam ją za siebie i za koleżankę, która panicznie się bała igły. Zauważyłeś, że my znając się dziesiątki lat rozmawiamy ze sobą dopiero po raz drugi. Ale wspominamy siebie z wielkim sentymentem , mam nadzieję – odpowiedział Bogdan. Nie wiele zostało przed nami lat ale wspominać siebie będziemy z miłością wspomnień do końca swoich dni. Jak widać nie zawsze potrzebne są słowa.

Grzesiu jako złoty chłopak, nie tylko złota rączka.

Piątek po południu, a tu ciach, telewizor nie działa. Nie ma już pracowników typu Sławek czy Gabryś, którzy znają temat i sprawdzili się przy „dłubaniu ” w dekoderze. Co robić ? Wyszłam na korytarz żeby rozejrzeć się za kimś sensownym kto ewentualnie pomoże; a że była to pora kolacji to trochę ludzi na korytarzach było. Popytałam czy u nich telewizory działają, okazało się, że u innych tak a u innych nie. Antoś mi mówi, że u Iwonki telewizor nie działa ale już szukał opiekunów znających się na tym i będą na dyżurze dopiero jutro po południu. Przechodząc przez hol zobaczyłam Grzesia, którego zainteresowała moja zafrasowana mina – co się stało? spytał. ( O tej porze, na korytarzach nikt nigdy mnie nie widywał ponieważ od 7 lat nie przychodzę na kolację stąd to zainteresowanie moją osobą ). Powiedziałam o co chodzi. No jak pani może chodzić i szukać chętnych do pomocy zamiast przyjść od razu do mnie. Zapomniała pani gdzie mieszkam? Do głowy by mi nie przyszło, że znasz się i na elektronice – odpowiedziałam. Nie ma możliwości żeby znać się na wszystkim. A cóż to za filozofia – odpowiedział Grzesiu, po kolacji przyjdę do pani. W życiu nie wierzyłam, że Grzesiu wyratuje mnie z kłopotu rozrywkowego. Przyszedł, a dając mi do zrozumienia, że czyta mojego bloga, zapytał – i co, jutro będę opisany na łamach prababcia pl. Jeśli telewizor będzie w porządku to napiszę o twojej wizycie a jeśli ci się nie uda, w co bardziej wierzę, to nie będzie pisane. Ale ja chcę żeby pani opisała moją wizytę i jeszcze proszę dodać, że od lat jestem zakochany, nie powiem w kim, to może wreszcie ta osoba zauważy to i zbliży się do mnie. Takiej odwagi w Grzesiu to jeszcze nie widziałam, przez co baczniej na niego spojrzałam i zauważyłam, że Grzesiu jest po kieliszeczku stąd ta odwaga. Tak więc szanowne panie podchodźcie bliżej do Grzesia może zauważycie którą z was tak wytrwale kocha. Jak dobrze, że te tematy mnie już nie dotyczą, że wyrosłam z tematu miłości już bardzo, bardzo dawno. Swoją drogą to nasi mężczyźni jak tylko zaczerpną trochę wody ognistej to od razu są zakochani. Jakieś czary mary, czy co?

Telewizor działa pięknie, za co bardzo dziękuję Grzesiowi i przepraszam, że jestem człowiekiem małej wiary. Nie znam drugiego takiego człowieka, który znałby się jednocześnie na technice, mechanice, hydraulice, ogrodnictwie, budownictwie, normalnym i miniaturowym, na stolarstwie, elektronice i jeszcze n wiadomo na czym. Przepraszam, że nie wierzyłam w ciebie i bardzo dziękuję za wszelką pomoc. Podglądając Grzesia przy pracy, zauważyłam, że on do wszystkiego podchodzi pomalutku, starannie i to dało mi do zrozumienia, że ja wszystko robię za szybko, a teraz telewizor z dekoderem to tak jak komputer i trzeba trochę uważniej, a nie tak jak ja naklepię, naklepię a później się dziwię, że telewizor się rozkraczył.

Już lipiec…

kiedy to zleciało, nie wiem. Wrócę jeszcze. do maja i czerwca. U nas rok w rok odbywały się majówki. Zjeżdżali się do nas ludzie z całego miasta; to było prawdziwe święto wiosny z bogato zastawionymi stołami i gronem zaproszonych gości – delegatów z poszczególnych Domów, no i zawsze zaproszonymi artystami, ku radości zebranym. W tym roku majówkę trzeba było przełożyć na inny termin. Zmiana terminu nastąpiła nie ładnie. Tak jak informację o majówce ogłosiła sama Pani Dyrektor na zebraniu mieszkańców, tak jej odwołanie nastąpiło cichaczem, małą karteczką na tablicy ogłoszeń, którą zawieszono w godzinach popołudniowych dnia w którym miała być majówka; czyli po terminie. W ten sposób z majówki zrobiono czerwcówkę. Byłam na tej czerwcówce przez godzinę, dłużej niestety nie wysiedzę na żadnym przyjęciu. Jakby to było coś ekstra to wysiedziałabym dłużej. Ledwie wytrzymałam śpiew jakiegoś pana. Trochę lepiej było z występem sześciolatków; ale wiadomo dzieciaki im bardziej im nie wychodzi tym bardziej zachwycają. I to już wszystko co widziałam. Naszych mieszkańców, terapeutki nauczyły wrzasków, że niby to było piękne, tak więc krzykom nie było końca. Ale to jest domena Natalki i Dorotki – krzykiem udawać zachwyt i radość. Na pytanie Pani Dyrektor – czy coś mi się podobało na imprezie, odpowiedziałam, że owszem, nawet zachwyciło – Pani kreacja. To było z mojej strony naprawdę szczere. Byłam zachwycona kreacją i wyglądem Pani Dyrektor. Przyćmiła wszystkich. To był tylko kombinezon, ale wytworny, podkreślający piękno i tuszujący ewentualne mankamenty. Żadnych mankamentów nie widziałam – byłam zachwycona.

Kupiłam, dzięki pani socjalnej, aparat wzmacniający słuch. Niby z tym moim słuchem nic się nie dzieje, a jednak coś jest nie tak. Bałam się, że zacznę być męcząca dla sąsiadów, oglądając telewizję ze zbyt głośną fonią. Miałam taką sąsiadkę, która przez swoją głuchotę wykańczała sąsiadów. Nastawiała telewizję na ful a sama zasypiała. Telewizor barabanił całe noce. Nikt z nią nie mógł się dogadać długo, nie wiem co się stało teraz, ale już jest cicho, chyba przestała ją interesować telewizja. Mój aparacik kupiłam na ALLEGRO za niespełna trzy stówki, a profesjonalny aparat słuchowy kosztuje kilka tysięcy i na dodatek co dwa tygodnie trzeba wymieniać baterie. Mój aparat ma ładowarkę i mogę go wybierać z uszu i wkładać kiedy chcę. Nawet mogę korzystać tylko z jednego guziczka, do jednego ucha. Ma jedną wadę – wzmacnia wszystkie dźwięki, tak więc jak wieczorem szykowałam się do oglądania telewizji to zdejmowałam ze ściany zegar, bo przesuwanie się sekundnika było mi zbyt głośne. Ostatnie zdanie napisałam w czasie przeszłym bo już aparacik leży w szufladzie, nie muszę z niego korzystać odkąd korzystamy z dekoderów. Teraz głos w telewizji jest wyraźny i mogę go wyciszyć. Jednak aparacik na pewno przyda mi się kiedyś, jest całkiem ładny, to takie małe dwa guziczki, wyglądające jak klipsy. Nie mają żadnych kabelków, mogę niespostrzeżenie włączać i wyłączać, regulować głośność czy po prostu wybrać z uszu.

To byłoby na tyle. Buziaki!

Lato!

wypadałoby krzyknąć – HURA, bo ” razem z latem czeka rzeka, razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas „. Przykro mi, ale lato i to takie upalne wcale mnie nie cieszy. Starocie szuka ochłody, cienia. Radość z lata, to tylko wspomnienia; piękne słonce, wielka woda – Boże, żebym była młoda. Te jeziora, pełne żagle – moja młodość przeszła nagle. To se ne wrati, nie ma co się rozczulać. Także kto młody niech rusza do wody. Nie mogę dzisiaj pisać bo wszystko mi się głupio rymuje. Dzisiaj, po wczorajszych imieninach, mam ciężką głowę i nic mi się nie chce. Także, do następnego …

Radość, smutek i polityka.

Tak mało trzeba nam i dużo tak, żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać… tak śpiewała Anna Jantar. To szczęście do którego było tak bliziutko, poczułam jak mogłam wreszcie stanąć pod prysznicem, to zdarzyło się 13 czerwca. Szkoda, że czekano tak długo. Udostępnienie nam prysznica mogło nastąpić już w środę 8 czerwca, już w tym dniu były wyniki badań, tylko nie miał kto tym się zainteresować. A tak swoją drogą to nasza Dyrekcja umie dawkować nam to szczęście. Najpierw pozbawi nas czegoś zupełnie prozaicznego a później nam to odda a w nas wstępuje radość, że dostaliśmy np. czipy do drzwi i możemy swobodnie wychodzić, że możemy umyć się pod prysznicem… to jest polityka dawkowania szczęścia, którego byśmy nie odczuwali gdyby to wszystko było dostępne nam przez cały czas. To szczęście odczułam również jak wróciłam do swojego pokoju a jeszcze bardziej jak przy drobnej awarii musiałam prosić o pomoc i ta pomoc była natychmiastowa ze strony opiekunki i ze strony Sławka – pracownika technicznego, a to dlatego, że mój pokój jest dla każdego z nich bliziutko i zawsze po drodze. Jak mieszkałam na dole, to te osoby musiałabym poszukać, a one musiałaby znaleźć czas żeby przyjść do mnie. Mieszkając w tym pokoju, słyszę ich obecność przez drzwi tak więc wychodzę proszę o pomoc, a w odpowiedzi słyszę – skoro już tu jestem … i sprawa załatwiona.

Pisałam o szczęściu a teraz napiszę o smutku. Smutek ogarnia mnie jak ze szczęścia chce mi się śpiewać, a tu stop, nie mogę śpiewać tego co lubię, a nawet bardzo lubię. To piosenki rosyjskie. Czuję się jakbym była w żałobie. Mój głos stworzony jest do śpiewania piosenek rosyjskich. Pamiętam jak kiedyś śpiewałam piękną, sercoszczypatielną piosenkę na konkursie, to przewodniczący konkursu, nie wytrzymał i na głos wyraził swój zachwyt – Boże, to głos jak opium- a był to dyrygent wielu orkiestr i nie jedno słyszał. Kocham te piosenki. Znam ich dziesiątki. To poczucie, że ich może nigdy nie zaśpiewam ogarnia mnie wielką żałością. Rosja pogrzebała przed światem cały swój kunszt artystyczny, całe swoje piękno. Jak miałabym zaśpiewać coś w języku rosyjskim to poczułabym się jakbym bezcześciła człowieczeństwo. Nawet tylko nucąc jakąś rosyjską melodię, nie używając słów, czułabym się podle; to w ogóle nie wchodzi w rachubę. I jest mi z tego powodu bardzo smutno. W Rosji wszyscy wielcy artyści byli od zawsze trzymani na smyczy. Jeśli jakieś dzieło artystyczne utorowało sobie drogę na świecie to musiało być i wartościowe i piękne, a teraz wszystko jest wrzucone do kosza historii. To wszystko przez wielkomocarstwowość wodzów Rosji. W kraju takim jak Rosja wszystko jest polityką. Nie ważne, że jesteś wielkim twórcą, takim np. jak Dymitr Szostakowicz, którego utwory grały największe orkiestry świata, jeśli Stalin powiedział swego czasu – nie – to było – nie. Andre Reay światowej sławy dyrygent, za każdym razem jak grał walca nr. 2 dziękował kompozytorowi, że go stworzył, bo dzięki temu utworowi świat poznał Reaya jako dyrygenta. Co teraz będzie z tą muzyką ? Pamiętamy Ałłę Pugaczową, przez fanów nazwaną ostatnią carycą Rosji. Rosjanie ją uwielbiali i traktowali jak chlubę Rosji. Dziennikarze natomiast określili jako gwiazdę bez słuchu politycznego – niestety mieli rację. Artystka urodziła się za Stalina, dorastała za Chruszczowa, debiutowała za Breżniewa, na którego mówiono, że to działacz polityczny epoki Pugaczowej, a zniszczył ją Putin. Założono partię polityczną która była w kontrze z Kremlem, a twarzą tej partii była Ałła Pugaczowa. We wszystkich rankingach kandydatur na wodza Rosji Pugaczowa z Putinem szła łeb w łeb i raptem słuch o niej zaginął. Z szefowej trzęsącej całym schow biznesem w Rosji stała się nikim. Ci co ją promowali skończyli źle.

Przez tą bezsensowną wojnę na Ukrainie świat artystyczny otulił się kirem.

Smutno mi.

Panegiryk

na cześć Działu Socjalnego. Tego jeszcze z mojej strony nie było, ale jak trza to trza. Zasłużyły panie na to. Z czym bym nie przyszła do owego Działu, to mam załatwione. Pierwsza sprawa z którą się zwróciłam to była prośba o powrót z ” tułaczki ” do mojego pokoju. Było mi bardzo głupio zwracać się z tą prośbą, ponieważ sama prosiłam o przeniesienie mnie na parter dolnego pawilonu, nie minęło dwa tygodnie a ja znów z prośbą tym razem o powrót do swojego starego pokoju. Poprosiłam na zasadzie jeśli nic z tego nie wyjdzie to trudno, sama jestem temu winna; a tu wyszło. Druga sprawa która leżała mi na sercu to brud w atrium. Dziwiłam się bardzo, że tego brudu nie widziały terapeutki które w atrium prowadzą zajęcia. Na wiosnę pod zadaszeniem, to było aż nie przyjemnie. Przez dwa ostatnie lata, chociaż raz do roku sprzątnęłam sama. Pokazałam jakie to proste – wiadro z wodą plus mop i po pięciu minutach czyściutko. Usłyszałam tylko, od Kasi: chociaż nauczy nas pani sprzątać. To był sarkazm z jej strony, bo żadna z nich tego nie zrobiła. W tym roku, pod koniec maja nie mogłam patrzeć na ten ciągły brud. Poszłam do Działu Socjalnego, żeby wyrazić swoje oburzenie, na drugi dzień było w atrium czyściutko i o dziwo jest sprzątane co kilka dni. Tego jeszcze nie grali od kiedy mieszkam w DPSie. Mam zastrzeżenia do sprzątającej – najpierw wytarła parapety, później zaczęła zamiatać. Zamiatała na sucho, robiła to długo, nawet bardzo długo, a kłęby kurzu unosiły się nad jej głową. Odeszłam jak najdalej od pani sprzątającej, nie chciałam być zapylona brudnym piaskiem, wszak do atrium przychodzę raniutko żeby trochę poćwiczyć i powdychać czystego powietrza. To trochę wyglądało tak jakby to sprzątanie było mi na złość – chciałaś to masz, będzie czysto ale ty nie będziesz mogła ćwiczyć o tej porze dnia, pomimo, że robisz to codziennie od kilku lat. No ale tym razem miałam tylko chwalić, więc muszę pochwalić Panią Elę socjalną, która poświęciła mi dużo czasu żebym mogła zrobić poważny zakup przez internet. Wyszukała mi to co chciałam kupić i użyczyła mi swojego prywatnego konta bankowego. To już drugi raz jak Dział Socjalny pomógł mi w zakupach, poprzednio sama Pani Kierownik a teraz Ela. Miło jest wiedzieć, że masz do kogo przyjść z problemem i ten problem będzie załatwiony z życzliwością.

Z pochwał to byłoby na tyle. Czy wyobrażacie sobie, w dzisiejszych czasach, brak możliwości umycia się pod prysznicem, przez miesiąc. Trudno to sobie wyobrazić a my tak żyjemy. Dyrekcji nie zależy na tym żeby ponaglić, przyspieszyć to badanie wody. Podejrzewam, że wyniki badań są, tylko komu by się chciało zająć się tym w piątek i na dodatek po południu. Wytrzymały staruchy miesiąc to jeszcze kilka dni ich nie zbawi. A czy wyobrażacie sobie codzienne mycie około setki osób, przez opiekunki, którym owszem pomagają w tych czynnościach pokojowe, ale jest to praca ponad siły albo na odczepnego. Normalnego, codziennego mycia, bez prysznica, w domu w którym mieszka prawie 150 osób, nie wyobrażam sobie, ale niestety u nas tak jest.

Niedomówienie.

Jak już pisałam poprzednio, w naszym DPSie od dwóch tygodni nie możemy skorzystać z prysznica. Przynajmniej tak ja zrozumiałam. Dwa tygodnie temu Sławek powykręcał sitka prysznicowe, powiedział dlaczego i dla mnie to było jasne, że mam przyjąć do wiadomości i respektowania, że z prysznica nici. Z wody która jest nad zlewem korzystać można; tak więc jako człowiek który każde słowo traktuje poważnie, męczyłam się w łazience z kubeczkiem i gąbeczką w ręce. Powiedziano mi, że tak ma być przez trzy tygodnie, a więc przeżyłam już dwa to pozostał tylko tydzień. Damy radę, musimy. W koło słyszałam pytania – to co to za awaria jeśli nad zlewem woda jest? Moim zdaniem to proste, są to dwa różne ujęcia. Okazało się, że nawet personel zrozumiał to opacznie. Niektóre opiekunki myją podopiecznych szlauchem bez sitka ponieważ zrozumiały, że jest to czyszczenie rur z kamienia, a sitka zostały zabrane żeby ich nie zanieczyścić . Boże, czyli, że ja mogę choćby teraz pójść do łazienki i lać na siebie strumień wody, za którym tak tęsknię. Muszę się upewnić u źródła, czyli w administracji. Nie mogę uwierzyć, że aż tak źle odczytałam informację wiszącą na tablicy. Co z moim myśleniem. Kiedyś myślałam zawsze logicznie i to lotem błyskawicy, a dzisiaj. Po dwóch tygodniach dopiero przyszło mi do głowy, że mogłam zamienić armaturę łazienkową z armaturą tą nad zlewem i miałabym normalny prysznic. Parametry tych urządzeń są takie same. Wystarczyłby uśmiech do Grzesia i sprawa byłaby załatwiona, tym bardziej, że zawory do tych ujęć wodnych są w mojej łazience. I pomyśleć, że nawaliło i narobiło mi szkody tempo mojego myślenia. Idąc do działu administracji spotkałam Krzysia, pytam czy pana szef jest u siebie, a on mi na to, że pojechał do SANEPIDU z próbkami wody. Tak więc problem tkwił w wodzie. Czyli, że dobrze zrozumiałam i pomimo nie wygody uchroniłam swoją skórę przed czort wie czym. Czy to możliwe, że wiele osób zamiast dopytać się o szczegóły, oblewało się bakteriami. Spytałam pani Jadzi jak wyglądało u niej mycie, jej odpowiedź mnie przeraziła – nagrzałam wody, wlałam do miski – mówi p. Jadzia, umyłam się porządnie, a później podłączyłam sitko do szlauchu, bo go nie oddałam, i cała pięknie się opłukałam prysznicem. Zupełnie nie rozumiem podejścia p. Jadzi do problemu, ona chyba też niczego nie zrozumiała. Z tego wniosek, że w tłumaczeniu należy nam wszystkim poświęcić więcej czasu żeby nie było niedomówień.

Inne niedomówienie, a w zasadzie dwa, miało miejsce w stołówce 30 maja. Podeszła do mnie Marianka, ta o której pisałam ostatnio i zaczęła od słów – ale narozrabiałaś tym swoim wpisem o porządkach na moich półkach, nie zdawałam sprawy, że jesteś taka poczytna. Nie dokończyła ponieważ do rozmowy wtrącił się PAN NIKT zachwycony tym, że to ja narozrabiałam i myśląc, że Marianka przyszła do mnie z pretensjami zaczął wykrzykiwać – niech pani nigdy nie rozmawia z tą tam bo ona obsmaruje panią i będą tylko kłopoty. Za jej pisanie brał się sam prezydent i prokuratura itd i itp. Na szczęście Marianka nie rozumiała jego bełkotu, tak więc trochę posłuchała i odeszła. W zasadzie zrozumiała tak na opak, nie tak jak chciał PAN NIKT. Po obiedzie podeszłam do niej, pytając co chciała mi powiedzieć i jeśli byłoby coś nie tak to się wytłumaczyć. Było jednak wszystko na tak. Marianka była zdziwiona, że tym wpisem narobiłam tyle szumu, że cały DPS aż huczy, a jej opiekunki miały pretensje, że z tym problemem poszłam do ciebie. Zaczęły kręcić, że niby przy tych porządkach byłam i zgodziłam się na nie, I właśnie te słowa mnie ponownie zdenerwowały, w rewanżu odpowiedziałam, że następnym razem pójdę bezpośrednio do dyrektorki. Wywody PANA NIKT uświadomiły jej, że moje pisanie ma większą moc od jakichkolwiek rozmów, bo nawet prezydent zgina przed mną kolana – tyle zrozumiała Marianna, a Jasiu tyle się natrudził żeby mnie obluzgać. Z nami starymi należy rozmawiać powolutku, mówić wyraźnie, a na koniec jeszcze upewnić się czy oby wszystko zrozumieliśmy. To wszystko po to żeby nie było niedomówień.

Brzydki zwyczaj,

Jak dla mnie to wyjątkowe lekceważący mieszkańców Domu. Zaczęło się od kartki na drzwiach Marianny. Ktokolwiek przechodził koło jej drzwi to stawał i ze zdziwieniem czytał. Przeczytałam więc i ja i również ze zdziwieniem; na kartce była bardzo szczegółowa informacja o zajęciach Marianny. Zapukałam do drzwi delikwentki z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego tak szczegółowo informuje nas wszystkich o swoich zajęciach. Nie słyszałaś jakie piekło wywołałam wczoraj na cały DPS – pyta mnie Marianna. Myślałam, że ze wściekłości nabluzgam komu trzeba. Co się stało – pytam. Wyobraź sobie, że podczas mojej nieobecności opiekunka i pokojowa weszły do mojego pokoju i nie pytając mnie o zgodę zrobiły na moich półkach porządki po swojemu, dla swojej wygody, nie myśląc w ogóle o mnie, o mojej wygodzie. Przecież jeżdżę na wózku. Wszystko miałam tak poukładane żebym bez problemu mogła sięgnąć po wszystko co mi jest potrzebne, a tu wracam do pokoju i nie wiem gdzie co leży. Do tej pory zawsze miały dostęp do mojego pokoju, albo zostawiałam klucz którejś z nich albo po prostu zostawiałam drzwi otwarte ale po takim wyczynie to już bez mojej obecności nie wejdą do pokoju. Będą czegoś potrzebowały to będą musiały mnie znaleźć a ta rozpiska informuje gdzie w danej chwili mogę być. Żeby tak zachowały się nowe, nie doświadczone jeszcze pracownice, to wytłumaczyłabym, że takie zachowanie się to nietakt, ale to doświadczone pracownice. A te pracownice w lekceważącym tonie oznajmiły mi, że przecież ze wszystkim mogę się do nich zwrócić i one znajdą co trzeba. Tą wypowiedzią jeszcze bardziej mnie zirytowały. Przecież one pracują do godziny 14 tak więc od 14 05 do 6 rano nie powinnam niczego chcieć bo ich nie ma. Sama też nie mogę szukać bo narobię bałaganu i wówczas one nie będą wiedziały gdzie co jest. Jak o tym myślę, to jeszcze mnie szlak trafia. Już chciałam iść do dyrektorki ale się wstrzymałam. Ale byś się wysiliła – dyrektorka minutę po rozmowie z tobą zapomniałaby z kim i o czym rozmawiała. O nie zgodzę się z tobą – mówi Marianna – o cokolwiek poproszę to mam to załatwione, aż sama się dziwię. To już się nie dziw – mówię – na samym wstępie pokazałaś, że z twojej strony będzie wszystko według życzeń dyrekcji. Pamiętasz, byłaś u nas niespełna miesiąc, była kontrola, którą notabene ja sprowadziłam, puszczono w obieg ankietę, dla ułatwienia pracy kontrolujących, to co ty napisałaś to obiegło wszystkich mieszkańców – twoja ankieta to był panegiryk na cześć dyrekcji i od tej pory stałaś się sprzymierzeńcem dyrekcji a mnie utarto nosa. Ojej, Danusia mnie się wydawało, że jest tak jak mnie proszono żebym napisała. To byłoby tyle w temacie Marianny.

Już na drugi dzień przekonałam się i ja, że takie zachowania jak wyżej, czyli wchodzenie do pokoju bez uprzedzenia i ustaleń, to norma. Wracałam z miasta, chcąc otworzyć drzwi do swojego pokoju słyszę, że w nim ktoś jest; to Sławek, chodzi po pokojach i odkręca wodę w łazience. No niby nic. Obecność Sławka w jakimkolwiek pokoju to nic wielkiego. Drzwi otwierał mu kierownik administracyjny, Sławek nie wpadłby na taki pomysł samowolki. Czy nie grzeczniej byłoby poinformowanie mieszkańców, że będzie konieczne wejście do pokoju i poproszenie żebyśmy w nich byli albo zostawili klucz pokojowej. Grzeczniej na pewno, ale to świadczyłoby o wzajemnym szacunku a u nas wymaga się szacunku w jedną stronę. Szanownym panom nie przyszło do głowy, że w łazience mogłoby być coś dla mnie, czy dla kogokolwiek, krępującego, ale co tam jak wróciłabym z miasta pół godziny później to nawet nie wiedziałabym, że ktoś buszował po moim pokoju, to po co się fatygować. Dla wyjaśnienia – od dwóch tygodni nie możemy korzystać z prysznica, jest jakaś dezynfekcja wody. Dlatego Sławek chodzi co jakiś czas po pokojach i odkręca wodę. Podobno jeszcze tydzień musimy się pomęczyć a później sobie odbijemy.

Poza tym – Felka ma kota, dosłownie, wzięła sobie kota do pokoju, wychodzi z nim do atrium na spacery. Widać musi kimś opiekować się, Grzesiu już ma dosyć opieki na ciągłym rauszu a kot da radę.

Poznałam panią która zamieszkała w pokoju z którego ja uciekłam. Mocowała się z zamkiem przy drzwiach wejściowych, a ponieważ ten problem miałam obcykany to jej wytłumaczyłam co i jak. Okazało się, że nie jest zadowolona z tego pokoju tak samo jak ja byłam. Ma te same zastrzeżenia. Bałam się, że to ja jestem taka czepiająca się wszystkiego i z niczego nie zadowolona. Zaznaczam, że w pokoju o którym mowa, wiele rzeczy zostało naprawionych na moją prośbę przez Grzesia, niestety zostało też wiele mankamentów nie do naprawienia. Chociaż zamek w drzwiach wejściowych jest zdecydowanie do wymiany.

BUZIAKI !

Wolność !

Na tablicy ogłoszeń przeczytałam – jutro, czyli 17 maja ma się odbyć spotkanie Pani Dyrektor z mieszkańcami; tak więc po powrocie do pokoju zabrałam się do spisania postulatów jakie koniecznie trzeba będzie poruszyć. Jak znam życie nikt nie będzie zabierał głosu, chyba, że będą to hymny pochwalne. Od poruszania spraw trudnych jestem ja. Moje postulaty to : 1. możliwość wychodzenia z budynku bez ciągłego szukania chętnych do otwarcia drzwi, czyli powrót do korzystania z czipów. Temat wałkowany od miesięcy na różne sposoby, jednak jak poruszę go na zebraniu to może znajdę liczny odzew popierający ten postulat. Musiałam przerwać pisanie bo usłyszałam pukanie do drzwi, zapraszam więc i widzę Panią Kierownik Socjalną, która przyniosła mi czipa do drzwi wyjściowych i prosi o pokwitowanie jego odbioru. Szok i radość nieprawdopodobna – W O L N O Ś Ć ! ! Więzienie, jakim był nasz DPS od niemalże trzech lat, zostało otwarte, więźniowie wyjdą na wolność. Przez te trzy lata czuliśmy się ubezwłasnowolnieni. Te uniżone prośby o wszystko, to było bardzo upokarzające zwłaszcza dla tak rogatej i niezależnej duszy jak moja. Problem jednak w tym, że te czipy otrzymało tylko kilka osób. Rozumiem, że nie wchodzi w grę rozdawnictwo czipów ponieważ są ludzie których trzeba mieć pod stałą opieką i nadzorem, jednak są osoby które wychodzą starym sposobem, czyli na prośbę i ciągle mnie pytają jak ja wychodzę. Bardzo źle się czuję jak pyta mnie o możliwość posiadania czipa osoba mieszkająca przy samych drzwiach wyjściowych i samodzielnie wychodząca na spacery. Na razie tłumaczę, że czipy będą rozdawane sukcesywnie i odsyłam do Działu Socjalnego.

Po tak załatwionej sprawie wolności pozostałe dwa postulaty stały się prośbami do rozważenia a nie postulatami. Otóż drugim punktem wysuniętym przeze mnie była sprawa apteczki doraźnej, leków w razie natychmiastowej potrzeby. Na ten temat wypowiedziała się Pielęgniarka Przełożona, twierdząc, że taka apteczka jest, że musiałam coś źle zrozumieć. Tematu nie ciągnęłam. Nikt go nie podchwycił a zatem może to być nieporozumienie.

Trzecim tematem do rozważenia, który wywołał burzę, był temat nagłośnienia kaplicy. Nasz ksiądz, mówi bardzo cicho, i bardzo lubi mówić dużo, ponieważ mówi do mikrofonu który ma połączenie z głośnikami w pokojach to ci w pokojach go słyszą, w kaplicy natomiast nie ma odsłuchu w postaci głośników i klops – nic nie słychać. Słyszą go tylko osoby siedzące blisko ołtarza reszta śpi. Pewnie nie potrzebnie dodałam, że każda msza u nas to taka tabletka na sen. Cokolwiek się organizuje należy wziąć pod uwagę, że u ludzi w naszym wieku ze słuchem jest coraz gorzej. Do mojej wypowiedzi dołączyła się Marianna, która siedziała obok mnie, i dodała, że z tym nagłośnieniem jest coś nie tak bo w pokojach dla odmiany słychać tylko księdza i jest często głucha cisza jak ksiądz nic nie mówi. Tego Felce było już za wiele, wstała i zaczęła wrzeszczeć na nas – czego się czepiacie księdza i kościoła, ty Danka chodzisz do kościoła tylko od czasu do czasu a teraz to cię w ogóle nie wpuścimy, bo chodzisz tylko po to żeby szukać zaczepki. Ludzie, którzy siedzieli za winklem i nie słyszeli mnie tylko krzyki Felki, dołączyli do niej, żebym zostawiła księdza i kościół w spokoju. Pani Dyrektor stanęła w mojej obronie tłumacząc, że mówiłam o nagłośnieniu kościoła. Nic nie pomogło. No to ja zakończyłam – ty Felka, swoim stałym zwyczajem, już od rana jesteś na rauszu i po pijaku zapomniałaś włożyć zębów bo bulgoczesz i to od rzeczy. W ten sposób ludzie dowiedzieli się, że Felka nadużywa alkoholu i przestali ją popierać. Jeszcze nie tak dawno chodziła po kościele i przepraszała ludzi za tworzenie plotek i już zbiera grzeszki od początku. Z tamtych się wyspowiadała, nie ma ich, można od nowa. W między czasie krzyczała też, że powyrywałam wszystkie kwiaty. Nie wiedziałam o co chodzi, dopiero za kilka dni dowiedziałam się, że chodziło o ogródek który dla mnie szykował Grzesiu i wykarczował cały śmietnik kwiatowy a ja niczego nie posadziłam. Felka teraz ” opiekuje się ” Grzesiem to nie będę jej niczego tłumaczyła o tych wykopanych kwiatach, nie chcę wchodzić na cudzą ścieżkę miłości, która jest na początku drogi.

Pytanie i reprymenda

Oczywiście i pytanie i reprymenda była od czytelników mojego bloga i dotyczyła ostatnich wpisów dokonanych przeze mnie.

Pytanie dotyczyło chytrej techniki malowania obrazów, w moim wypadku portretów. Otóż, swego czasu mieszkały w naszym Domu aż trzy malarki – jedna była cwanym samoukiem a pozostałe dwie najprawdziwszymi, wykształconymi artystkami malarstwa. To Wanda, Marta i pani Ania. Ze wszystkimi paniami przyjaźniłam się, z Martą to nawet od 50 lat, ale malarstwem nie interesowałam się nigdy, ponad to, że lubiłam chodzić na wernisaże. Osobiście nie umiałam namalować nawet zwykłej, prostej kreski. Zawsze byłam pełna podziwu dla osób które miały wiele zainteresowań. Wanda, będąc tu w naszym Domu, malowała ludziom portrety i brała za to pieniądze. Portrety były zawsze w oszklonej ramce, tak więc nikt nie wiedział co jest pod szkłem. Nie mogłam się nadziwić, że tak wiernie odtwarzała wygląd osoby malowanej. Aż, któregoś dnia, będąc u niej w pokoju, odkryłam tą cwaną technikę, dzięki której każdy jest w stanie namalować co tylko chce. Przez przypadek powypadały z szuflady Wandy druki zdjęć osób które Wanda malowała. To były odbitki komputerowe formatu A4 z bardzo delikatną, prawie niewidzialną linią. A więc Wanda po prostu robi makijaż tym konturom i wychodzi z tego portret. Makijaż to ja potrafię zrobić, tak więc od dziś zaczynam malować portrety rodzinne. Zdjęcie z którego robimy odbitkę musi być czarno białe. Arkusz z odbitką cały przecieramy talkiem, leciutko, nie widocznie. Do makijażu używamy farb pastelowych, jedynie malując oprawę oczu używamy kredek ołówkowych. Pierwszym problemem okazały się usta – mam tylko kontur ogólny; czyli, że wszystko jest jak należy a jednak jest coś nie tak. Z tym problemem poszłam do Marty, czyli do fachowca, Marta wytłumaczyła mi, że muszę kreską oddzielić wargę górną od dolnej – od razu mimika została rozluźniona, a teraz w środeczku warg stawiasz kropkę i masz uśmiech MONA LIZY. Poradziła mi jeszcze żebym za każdym razem namalowała kilka portretów, rozłożyła je na dużej przestrzeni i z tych portretów wybrała najlepszy. I w ten sposób powstał cykl portretów rodzinnych, ale tylko kobiecych. Mężczyznom makijaż nie pasuje, od razu wyglądają jak homo, a czarno biały portret zdradza zdjęcie.

Reprymenda była za podchodzenie do nieznajomych psów, wszak nauczkę już miałam i to poważną. To prawda, w końcu przez miłość do czworonogów znalazłam się w Domu Opieki i wszelkie pogarszanie się stanu zdrowia jest również z tym związane. Na widok psa zapominam o Bożym świecie. Wchodzi we mnie taka radość, którą czuję całą sobą i zapominam o tym, że byłam wielokrotnie pogryziona. Zawsze to złe zachowanie się psa, tłumaczę złym prowadzeniem go przez właściciela albo przez moje nie właściwe podejście. Nigdy nie obwiniam psa. To jest ta właśnie ślepa miłość. Raz tylko pies, który powinien był odgryźć mi rękę, zgłupiał widząc moje zachowanie. Na furtce, za którą był pies pilnujący posesji, był napis ostrzegający przed złym psem; ale pies był taki piękny, że wyszukałam szparę w płocie żeby go pogłaskać. Pies podchodząc do mnie ostrzegał mnie warcząc i wystawiając kły. Jak zobaczyłam jego zęby zamiast się przestraszyć wpadłam w zachwyt, że są takie piękne – bielusieńkie, równiutkie. Aż krzyknęłam – jakie ty masz piękne zęby. Pies zgłupiał i zachwycił się mną. Innym razem będąc z całą rodziną na wczasach świątecznych w górach chcąc pogłaskać psa omal nie straciłam ręki. Cały pobyt miałam zepsuty. Moja dłoń miała kilka dziur na przestrzał. A pan tego psa, pochwalił swojego pupila, określając mnie głupią babą, i miał rację – weszłam na nieogrodzoną posesję i podeszłam do psa będącego na łańcuchu. Natomiast ostatnie przegryzienie mi ręki, to była wina właściciela psa. Pies był znacznie oddalony od swojego pana, szedł luzem, bez kagańca. Zawołałam go. pies spokojnie podszedł. Wystawiłam mu odwróconą swoją dłoń do powąchania, a w tym czasie jego pan przerażającym głosem krzyknął – niech pani nie wystawia ręki. Było za późno, rękę trzymała tylko skóra. I w ten właśnie sposób zaczęły się moje kłopoty zdrowotne o których jak widać zapomniałam.

I to byłoby na tyle. BUZIAKI !