To jest historia …

W poprzednim wpisie była mowa o uczuciach pana NIKT do mojej osoby. O jego uczuciach celowo pisałam w dwuznaczniku. Ja dobrze wiem, że pan NIKT darzy mnie wyłącznie nienawiścią a ta dwuznaczność była po to żeby go doprowadzić do furii. Wiem, że czyta mojego bloga. Jeśli mi się udało to bardzo się cieszę. Skutek już jest widoczny – pan NIKT od tygodnia mnie nie widzi.

Ale dzisiaj zupełnie o czymś innym – poważny temat o zbieraniu i szanowaniu wszystkich śladów które dotyczą , naszych rodzin i nas samych. O dokumentach, zdjęciach, pamiętnikach czy książkach, o czymś co do tej pory wydawało nam się czymś zbędnym, czymś co już można wyrzucić a po latach okaże się, że to były dokumenty historyczne, które coś obrazowały. Tym właśnie zajmuje się pani, która była u nas w DPSie w ubiegły czwartek, to pracownica Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, która przyszła do nas z prelekcją o niezwykłości naszych starych szpargałów które wyselekcjonowane odtwarzają historię. Nikomu z nas do głowy nie przyszło, że możemy mieć coś co może stać się cennym dokumentem historycznym. Dopiero jej wykład o swojej pracy otworzył nam oczy. Zobaczyliśmy notatki z pamiętnika prowadzonego przez ponad 60 lat, w którym nie było nic nie zwykłego: tytuły lektur szkolnych, opis samych lekcji w szkole powszechnej, później średniej i dalej nauka w wyższej szkole. Prelegentka zwróciła naszą uwagę na tytuły książek, których już nie znamy, czy sposoby nauczania. Jakie to wszystko było inne niż dzisiaj, a wyobrażacie sobie jeszcze za drugie pół wieku jakie będzie zdziwienie czym ten człowiek pisał; a on pisał najpierw piórem ze stalówką, którą maczał w atramencie zwanym wówczas inkaustem, później pisał wiecznym piórem aż w końcu długopisem. Minie następne pół wieku i nie wielu będzie pamiętało co to było ten długopis. Na ekranie ukazał się obrazek – Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej, Mam taką samą, czyżby to był dokument historyczny. Tak, to jest dokument świadczący o skromności naszego Kościoła w poprzednim stuleciu i nas, zwykłych ludzi. To co zobaczyliśmy na ekranie było opatrzone datą z 1963rr. a moja pamiątka jest opatrzona datą 9 lipca 1950r. czyli, że wydrukowano tysiące takich samych obrazków i rozesłano po całej Polsce, ja ten obrazek dostałam mieszkając w Jezioranach ( a jak trafiliśmy do Jezioran to opisałam w częściach bloga zatytułowanych : 1. W domu muzyka i przerażenie, 2. Jeziorany. 3. Moje życie w Jezioranach ). i te obrazki służyły przez dziesiątki lat, tysiącom dzieci w Polsce .Nie tylko pamiątkowy obrazek świadczy o skromności ludzi z tamtego okresu. Ze wzruszeniem przypominam przyjęcie komunijne – na dziedzińcu kościelnym stały stoły przykryte białymi prześcieradłami a na nich ogromne stosy ciasta drożdżowego i dzbany kakao. To wszystko. Na to przyjęcie mógł przyjść kto chciał i przybiegała dzieciarnia z całego miasteczka i każdy się cieszył. Każdy mógł przyjść bo prawie każda z rodzin przyczyniła się w jakiś sposób do tego święta. Piekarz upiekł ciasto a mąkę i mleko na to ciasto dostał od młynarza i mleczarza. Kakao było z paczek UNRA przysłanych dla kościoła . Ubranka dla dzieci były od koleżanek i kolegów którzy mieli komunię w zeszłym roku, a jak ktoś nie miał to pani Glejznerowa uszyła prościutką sukieneczkę, którą mamy udekorowały gałązkami sparagusu. Czyż nie było pięknie. i to jest historia właśnie. Raptem na ekranie zobaczyłam reklamę firm – Spółdzielni Mazur i Spółdzielni Rolnik – skąd znam te reklamy? Przypomniałam sobie, że mam całą stronę z Gazety Olsztyńskiej z roku 1945 w której reklamują się nasze olsztyńskie zakłady pracy. A mam to dlatego, że opisując dzieje mojej rodziny od dziewiętnastego wieku po dzień dzisiejszy i pisząc o rodzinie taty znalazłam reklamę zakładu introligatorskiego, który mieścił się w Olsztynie przy ul. Świętej Barbary 5. a był własnością brata taty. Do Olsztyna przyjechaliśmy w kwietniu 1945r. i tego samego roku stryj już reklamował swój zakład. Na tej stronie reklamuje się dziesięć różnych zakładów pracy. S ą oferty na remonty i odbudowy z informacją, że otwarcie ofert będzie miało miejsce w dniu 10 listopada 1945r.. Firma Pionier dokładnie informuje co można u nich kupić a mianowicie: kosmetyki, galanterię, papier, nici, igły, mydło, baterie, wodę kolońską i żyletki. Po za reklamą są zapowiedzi przedślubne i tak np. Pan Wincenty … kawaler wyznania rzymsko katolickiego zamieszkały i tu wymienione ostatnie trzy adresy chce poślubić panią Irenę, również wymieniono ostatnie adresy zamieszkania, imiona rodziców i wyznanie. Zapowiedzi zakończono informacją, że o przeszkodach zawarcia związku małżeńskiego, jeśli takie są, należy niezwłocznie powiadomić Urząd Stanu Cywilnego w Olsztynie. A kierownikiem U S C był późniejszy mój dobry znajomy z którym wiąże się piękna historia miłosna, która zatacza krąg i kończy się w naszym DPSie .

Nie wiem czy nie opisywałam owej historii miłosnej na swoim blogu, ponieważ dotyczy ona moich sąsiadów z ul. Radiowej. Sprawdzę to i pewnie napiszę coś na ten temat za tydzień.

BUZIAKI !

Oryginalne wyznanie uczuć…

Od kilku dni pan NIKT wznowił swoje obelżywe zachowanie się wobec mnie. Nie mam pojęcia dlaczego tak się zachowuje i zaczynam podejrzewać, że jest to taka forma wyznania uczuć, zmuszenie mnie do zwrócenia uwagi na siebie. W każdej głowie różnie interpretowane są uczucia; jak wiadomo mózg do tej pory jest czymś nie znanym nawet dla naukowców. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć agresywnego zachowania się osobnika na którego nie zwracam uwagi, nie widzę go i nie słyszę, a on komentuje moją fizjonomię i każde moje odezwanie się do kogokolwiek. Komentuje to w obelżywym tonie. To już druga osoba z agresywnym podejściem do mnie. Poprzedni agresor już nie żyje a to jego godny, czy może nie godny następca . Fakt, moje zachowanie się może drażnić niektórych – chodzę z zadartym nosem. Sprawiam wrażenie niedostępnej, ale to mylne wrażenie, kto mnie zna to wie o tym doskonale. Jedna z nowych mieszkanek naszego DPSu zaczepiła mnie i powiedziała : pani Danusiu, pomimo tego, że korzysta pani z chodzika, czego na ogół każdy się wstydzi, to pani z nim dumnie kroczy. ( No proszę, ja nawet chodzić nie umiem tylko kroczę ). Tak było zawsze, już taka jestem i tylko ci co mnie znają to wiedzą, że to nieświadoma przykrywka. Pisałam kiedyś, że jestem jak ten rajgras wyniosły, ale ten rajgras to tylko trawa która jest dumnie wyniosła. ( Teraz trawy wróciły do łask ). Tak więc jeśli ktoś chce być postrzegany jako ktoś ważniejszy od innych to przy mnie nie ma szans i pewnie to drażni moich agresorów. Pan NIKT żeby dodać sobie ważności bierze pod pachę plik papierów i tak paraduje po DPSie, a ja zadzieram nosa. Dawno, dawno temu, będąc w delegacji służbowej, na dworcu spotkałam męża swojej koleżanki z pracy, podeszłam do niego i zaczęłam rozmowę. Podeszłam do niego ponieważ już dobrze wiedziałam, że żaden mężczyzna nie odważy się podejść do mnie pierwszy a ten o którym mowa był bardzo nieśmiały. Na drugi dzień owa koleżanka opowiada mi jak jej mąż wrócił do domu podekscytowany, że spotkało go coś nie bywałego, wyobraź sobie, że rozmawiałem z tą twoją Danką. I co w związku z tym, pyta go żona. Słuchaj, ona jest normalna. A jaka miałaby być? No taka niedostępna, taka, że strach się bać, a tu taka niespodzianka. A żona mu na to – zapewniam cię, że Sosna jest najbardziej normalna z normalnych; siedzimy biurko w biurko od lat i znamy się bardzo dobrze.

Ps. Wczoraj wybrałam się z Panią Jadzią na rynek. Siedzimy przed budynkiem czekając na samochód i widzimy, że idzie nasz ksiądz. No tak za chwilę msza piątkowa a my na rynek, głupia sprawa. Tak więc jak ksiądz spytał dokąd tak panie, to ja natychmiast zełgałam – do lekarza. A ksiądz ciągnie temat i kieruje pytanie do P. Jadzi – wczoraj była pani u okulisty a dzisiaj do jakiego? Struchlałam, będzie wtopa, wyda się że skłamałam. A Pani Jadzia dyplomatycznie – dzisiaj do innego.

„Jak zostać gwiazdą…”

to tytuł filmu telewizyjnego który oglądałam w ubiegłym tygodniu, żeby przypomnieć jak to kiedyś było i porównać z dniem dzisiejszym. Młodzież dzisiejsza i ta sprzed 60 laty to zupełnie inni ludzie. Nas cechowała powaga w podejściu do każdego zamierzenia, natomiast dzisiaj, w moim mniemaniu, każdą rywalizację cechuje krzyk, może dlatego, że jurorzy wszelkich artystycznych przedsięwzięć to idole młodzieżowi byli lub obecni przy których i uczestnicy i publiczność czują się swobodnie. Za moich czasów w jury zasiadały takie wybitne osobowości jak: Władysław Szpilman, Jerzy Wasowski, czy Stefan Rachoń, przy których krzyk był czymś nie przystojnym. Dostać dyplom za zajęcie pierwszego miejsca w jakimś festiwalu podpisany przez takie osobowości jak wymieniłam, to natychmiast podnosi prestiż i rangę i owego przedsięwzięcia artystycznego i samego siebie. Dzisiaj, dyplom podpisany przez któregoś z jurorów to co najwyżej ogromna radość i pieniądze jak mniemam nie małe, ale to nie ta ranga. Dzisiaj przeróżnych festiwali piosenkarskich i różnego rodzaju konkursów jest bardzo dużo, a i wykonawców którzy śpiewają pięknie jest ogrom. Wszelkie finałowe imprezy błyszczą przepychem; a festiwale w których ja brałam udział były szare. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w ogólnopolskim konkursie, w którym brało udział ponad trzysta tysięcy ludzi dostałam radio z adapterem ale i dyplom podpisany przez Władysława Szpilmana. To pierwsze miejsce było przyznane mi przez Jurorów, dziennikarzy i publiczność. W niektórych festiwalach poza dyplomem i informacją w gazetach czy w radio, nie było nic więcej; wiem to, ponieważ zajmowałam zawsze pierwsze miejsce, poza jednym przypadkiem kiedy to zajęłam drugie miejsce. Jurorzy przyznali mi drugie miejsce a publiczność pierwsze. Nagrodą publiczności był pozłacany, ręczny zegarek z budzikiem. To drugie miejsce bolało mnie bardzo. Już nawet chciałam zaprzestać śpiewania, no bo jeśli się nie podobam to po co mam to robić Jednak po latach poczułam się bardzo dumna z tego drugiego miejsca, ale dopiero po latach, jak ponownie przeczytałam artykuł o tym wydarzeniu artystycznym, ponieważ trzecie miejsce zajęła Pani Krystyna Prońko, wówczas tak samo jak ja prawie nikt, a był to Festiwal Piosenki Kolejowej, na którym śpiewałam piosenki Pani Balbiny Śwityć Widackiej. Jeszcze bardziej dumna czuła się zdobywczyni pierwszego miejsca – Małgosia Chodorowska, Olsztynianka i wieloletnia moja koleżanka, choć znacznie młodsza ode mnie. Z Małgosią spotykamy się do dziś, ponieważ w naszym DPSie mieszka jej siostra. Wielu znanych piosenkarzy brało udział w tych samych konkursach co ja, z tym że uczestnicy ci zakładali, że zostaną gwiazdami i zostali nimi, ja natomiast stawiałam na zajęcie pierwszego miejsca, na zwycięstwo, i tylko to było moim celem. Po ogłoszeniu werdyktu nikt już mnie nie widział, uciekałam tylnymi drzwiami ale nabuzowana satysfakcją zwycięstwa. Jak tylko usłyszałam o jakimś konkursie to rywalizacja i chęć zwycięstwa pchała mnie na scenę. To był jakiś zew, żądza, nie odparta siła. Umierałam ze strachu przed wejściem na scenę ale po mimo to musiałam wejść i wyśpiewać to pierwsze miejsce. Niczego więcej nie chciałam, a nawet bałam się być kimś w rodzaju gwiazdy. Wystarczyło mi moje miasto i moje województwo. Chociaż występowałam w całej Polsce i w Krajach Demokracji Ludowej to jednak moje miasto było mi najważniejsze. Reasumując — wszystkich piosenkarzy i tych dzisiejszych i tych z poprzedniej epoki łączy jedno – TREMA i chęć zwycięstwa, chociaż dla każdego to co innego znaczy.

Powspominałam sobie i podniosłam się na duchu. Zrobiłam to celowo, bo jest mi bardzo źle. Jakieś cholerne tąpnięcie i psychiczne i fizyczne. B U Z I A K I !

Życie pod kloszem.

Jestem pełna podziwu fachowości naszych fizjoterapeutek. Nic nie mówiąc co o moim stanie zdrowia powiedział lekarz, u którego byłam we wtorek, zaczęłam biadolić, jak na staruchę przystało, że to i tamto boli. Asia wysłuchała i postawiła diagnozę: kręgosłup – ręce to kręgosłup szyjny, nogi to kręgosłup lędźwiowy. Po rozmowie zaczęła się nasza ogólna gimnastyka, którą prowadziła Ola. Po południu w pokoju, zaczęłam przeglądać pisma kolorowe i trafiłam na obszerny artykuł o moim biadoleniu, diagnozie Asi i ćwiczeniach Oli. Artykuł zaczynał się – jeśli dolega ci to a to, ( drętwienie rąk i nóg ) czyli wszystko to co odczuwam ja, to jest to dolegliwość związana z kręgosłupem; czyli trafna diagnoza Asi. Dalej w tym artykule były opisane, z dołączonymi rysunkami, ćwiczenia gimnastyczne które należy wykonywać przy takich dolegliwościach i był to opis ćwiczeń toczka w toczkę prowadzonych przez Olę. Jednym słowem nasze dziewczyny to fachury. Szkoda tylko, że gimnastyka jest prowadzona tylko dwa razy w tygodniu; byłoby wspaniale żeby była codziennie wówczas bylibyśmy znacznie sprawniejsi. Przecież stary człowiek robi się drętwy po kilku godzinach w bezruchu.

Podobno na świecie jest kryzys. Ceny różnych artykułów szaleją, ale nie u nas. U nas, moim zdaniem, jest większe bogactwo na stołach niż było. U nas serwuje się: polędwiczki zapiekane w sosie pieczarkowym, podaje się paprykę faszerowaną czy cukinię nadziewaną, przeróżne mięsa i surówki. Na śniadania czy kolację są zupy mleczne, wędliny w dwóch gatunkach, jakieś warzywko, owoce czy ciasta. Moim zdaniem tego jest stanowczo za dużo. Po posiłku na stołach zostają wędliny, masło czy sałatki różnego rodzaju. Owszem jest kilka osób które zjadają wszystko i jeszcze by coś zjedli, ale to jest dosłownie kilka osób. Im można by zwiększyć porcje a reszta mogłaby mieć połowę tego co dostaje. Ja jestem kawał baby, na ogół nie jem wędlin a mimo to, to co dostaję na śniadanie wystarcza mi na dwa posiłki. Nie chodzę na kolację ponieważ obfite śniadanie dzielę na dwa posiłki. Mnie ten obecny dobrobyt przeraża, bo w końcu pieniądze się skończą. Budżet Gminy nie jest z gumy, a miesięczny pobyt w DPS kosztuje już 5 500 zł. Kogo na to stać? Zacznie się selekcja w przyjmowaniu, będzie się wybierać wyłącznie ludzi których na to stać a to grozi mniejszym obłożeniem czyli stratą dla Gminy tak czy siak. My na prawdę żyjemy pod kloszem, mamy czyściutko, cieplutko i syto, zacznijmy jednak oszczędzać.

Buziaki !

Dotrzymałam słowa…

i nie rozsypałam się ku uciesze Dyrekcji DPSu. Wprawdzie muszę przyjąć jedną na dobę tabletkę przeciwbólową ale po jej zażyciu funkcjonuję prawie normalnie. Chodzę na spacery i to dalekie, dwa razy udało mi się przejść drogę od naszego DPSu na cmentarz przy ul. Poprzecznej a jest to droga cały czas pod górkę i to częściowo stromą górkę, a ja cieszę się, że daję radę. Trwa to dwukrotnie dłużej niż np. rok temu ale daję radę. Od tygodnia próbuję wrócić do swojej gimnastyki porannej i tak codziennie idzie mi coraz lepiej. Jeszcze dokucza mi głuchym bólem, cała klatka piersiowa. Muszę zrobić USG klatki. Nie wiem nawet do jakiego specjalisty mam z tym się udać; we wtorek wybiorę się do naszego lekarza żeby mi wytłumaczył co i jak. I to byłoby tyle na temat dolegliwości prababci.

A u nas – były eleganckie obchody Święta Niepodległości. Jak przeczytałam informację, że to będzie zespół działający przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku, to poczułam niesmak. Parę lat temu był u nas zespół od nich i nie podobało mi się nic a nic. A tu niespodzianka; wystąpił przed nami chór, który w ogóle nie śpiewał jak ktoś z trzeciego wieku, śpiewali bardzo energetycznie, pobudzali nas nie tylko do śpiewania ale i do życia. Zespół wyglądał bardzo elegancko. Pani dyrygent kierowała śpiewem prężnie. Zespół śpiewał gromko, równo i czysto; a prowadzący zachwycił mnie swoją lekkością prowadzenia, radością życia, współgraniem z widownią i elegancją ; pomijając to, że i przed występem i w jego trakcie usłyszałam od niego dużo miłych słów z mojej odległej młodości. Ponieważ miłych słów nie słyszałam już od dawien dawna to odcisnęły one we mnie wręcz bolesne ” piętno „. Po południu wybrałam się do Pani kierownik Działu Socjalnego z prośbą; a tam gadu, gadu i do rozmowy wtrąciła się pracownica działu, ( nie znam imienia, to nowa osoba ) a z jej ust padło sarkastyczne pytanie : a kim to pani była, bo jakoś nie wiem. Dla mnie to pytanie było ni w kijki ni w drewki. Raczej powinno zabrzmieć – a kim to pani jest – odpowiedziałabym wówczas, że jeśli pani nie wie to nie powinna pani pracować tu gdzie pracuje. Bo jestem, dla pani informacji pani podopieczną.

Coś się stało w stosunkach Felka – pani dyrektor, wyraźnie wypadła z łask szefostwa. Do tej pory byłam jej wrogiem i wyrażała swoją opinię o mnie nawet na forum. Aż tu następuje zmiana frontu, dołącza do mnie podczas mojego spaceru i zaczyna nadawać na Natalkę, Dorotę i Kasię ,( którym jeszcze nie tak dawno wchodziła bez wazeliny)- rozmowę o nich zaczyna od słów: ty tyle nie widzisz co ja. Te kobiety nie wiele potrafią a są faworyzowane i zaczyna mówić o nich wszystko to o czym ja już pisałam na blogu, a ta nowa to pracować nie lubi tylko godzinami gadałaby przez telefon; chodzi po atrium i plotkuje sądząc, że jej nikt nie słyszy a ludzie widzą, słyszą i komentują. A o tym, że pan kierownik zbyt często przesiaduje w pokoiku przy sali gimnastycznej to mówiła mi już chyba dziesiąta osoba. Popija kawkę z pięknymi dziewczętami a nie widzi, że na dworze niszczeją drewniane meble ogrodowe, a przecież jest szefem administracyjno – gospodarczym. Za rządów poprzedniej dyrektorki w miesiącu listopadzie wszystkie ławki i stoły były składowane pod zadaszeniem. Dzisiaj przed takim składowaniem trzeba by jeszcze dokładnie opisać braki żeby na wiosnę być przygotowanym do wszelkich napraw. Za rządów obecnej dyrektorki, czyli już od około 10 lat nie zrobiono tego ani razu. Nikogo nie obchodzi, że to nasz majątek i należy go szanować. Wygląd tych mebli ogrodowych świadczy o naszym gospodarzu.

Buziaki !

Jestem żywą historią…

a przynajmniej tak się czuję odkąd pani redaktor wprowadziła mnie w życie pani Balbiny Świtycz Widackiej. Ponieważ artystka jest patronką ulicy w naszym mieście, zaczęłam wertować nazwy ulic i znalazłam bardzo dużo znajomych mi osobiście patronów., Poznawałam ich od najwcześniejszych moich lat. Np. Pana Michała Lengowskiego poznałam jak miałam 13 czy 14 lat. Przyszedł na moje podwórko przy ul. Warmińskiej, zwiedziony moim głosem. Jak zwykle w godzinach po południowych miałam swój podwórkowy występ. Pan Lengowski przyszedł z panem Lubomirskim i cichutko stojąc przy koszach na śmieci, wysłuchali cały mój występ. To wydarzenie jak i jego ciąg dalszy opisałam na swoim blogu na wpisie zatytułowanym – Wszyscy razem w Olsztynie. Drugą, bardzo bliską mi znajomą i od bardzo dawna, była pani Maryna Okęcka Bromkowa. Poznałam ją jak zaraz po wygraniu konkursu – Mikrofon dla wszystkich, na który zgłosiła mnie pani Balbina, zostałam nie tylko solistką zespołu studenckiego ale i solistką zespołu Olsztyńskiej Rozgłośni Polskiego Radia prowadzonego przez Zbigniewa Chabowskiego a pani Okęcka była w naszej rozgłośni znanym dziennikarzem zajmującym się razem ze swoim mężem Bromkiem, folklorem. Ta para dziennikarzy znana była w całej Polsce, nie tylko w Olsztynie. Mężowi pani Maryny – panu Bromkowi bardziej przypadła do gustu praca w stolicy a pani Okęcka została w Olsztynie. Pani Maryna zajmowała się również pisaniem wierszy które ja musiałam jej prześpiewać. To były takie wiersze bajki. Przychodziłam do niej do domu i bawiłam się w kompozytora. Znajomość z panią Maryną trwała długo, aż do jej śmierci. Ostatnie lata spędziła mieszkając w naszym DPSie jak ja przychodziłam tam na pobyt dzienny. Bywałam u niej dość często i wówczas śpiewałyśmy piosenki ludowe i wspominałyśmy ludzi, założycieli naszego olsztyńskiego radia; wszak ja z radiem współpracowałam niemal, że od dzieciństwa. Dwoje naszych patronów – pana Henryka Panasa i Władysława Gębika znałam tylko przez ich synów. Syn pierwszego z nich pracował w naszym radiu a znajomości radiowe opisałam na swoim blogu na wpisie zatytułowałam – aktualności i wspomnienia.. Natomiast drugi pan to znany olsztyński ginekolog ale dla mnie to kolega z zespołu studenckiego. Andrzej postanowił być sławnym saksofonistą. Rano był ginekologiem a po południu przybiegał do nas do Kortowa i był saksofonistę. Szło mu coraz lepiej ale też coraz częściej wolał być konferansjerem. Mieliśmy jeden wspólnie zrobiony utwór – ja śpiewałam a on podgrywał na saksie – to był blues – Alabama i do końca życia tak mnie nazywał. Następny patron to mój sąsiad z ul. Radiowej ale z czasów kiedy ta ulica nazywała się Lumumby , to pan Władysław Leonhard. Znaliśmy się całymi rodzinami. Jest też kilkoro znajomych lekarzy – patronów ulic – Bolesław Laszko dbający o moje struny głosowe laryngolog, Edward Mróz pediatra nadzorujący zdrowie moich córek od niemowlęctwa. Jest też patron, słynny chirurg, którego nie wymienię z nazwiska bo go nawet nie znałam a podobno przyczyniłam się do rozbicia jego małżeństwa. Co to zazdrość nie wymyśli. Przychodzi do mnie któregoś dnia moja teściowa z pretensjami, że rozbijam małżeństwo jej przyjaciółki. To małżeństwo wisiało na włosku ale przez ciebie jest już sprawa w sądzie. Ja Bogu ducha winna, nie wiem o co chodzi. Teściowa określa mi o kogo chodzi. Przysięgam, że nie znam człowieka. Nie wiem nawet jak ten ktoś wygląda. .Śpiewałaś na balu medyków dwa tygodnie temu – pyta teściowa. Śpiewałam. Dedykowałaś piosenkę wyznającą miłość jednemu z lekarzy? Co najwyżej śpiewałam jako dedykację od kogoś nie od siebie. Ale śpiewałaś tak, że wszyscy znajomi stwierdzili, że to było oficjalne wyznanie miłości. Przypomniała mi się ta dedykacja. Kierownik zespołu, rok wcześniej, na takim samym balu, dostał ataku wyrostka robaczkowego. Zemdlał na scenie. Ów pan doktor nie patrząc na nic, wezwał karetkę i pojechał z nim do szpitala żeby go zoperować. Ja wówczas z nimi nie śpiewałam, nie byłam przy tej sytuacji. W rok później ów muzyk chciał pokazać, że pamięta i że jest mu bardzo wdzięczny, poprosił mnie żebym najpiękniejszą piosenkę tego karnawału zadedykowała doktorowi. Dedykację ogłosił Zygmunt, ja tylko zaśpiewałam, ale jak zaśpiewałam i co zaśpiewałam to kwalifikowało się na rozwód, wg. pani doktorowej. Była to najmodniejsza wówczas na całym świecie piosenka włoska – Nie wolno mi kochać ciebie. Cytuję : Nie wolno mi, nie wolno mi kochać ciebie, nie wolno mi przy tobie być nawet we śnie. Mówią, że mam za mało lat żeby wiedzieć, czy to już jest prawdziwa miłość czy nie. Niech mówią tak, cóż obchodzi mnie cały świat ja wiem jedno, że bardziej cię kocham każdego dnia.- itd. – ja ten dramat wyśpiewałam z głębi serca, tak zresztą jak każdą piosenkę. Dla żony pana doktora to nie była każda piosenka, to było dramatyczne, publiczne wyznanie miłości i powód do rozwodu. A ja do dziś nie mam pojęcia jak ten ktoś wyglądał. Śpiewając nigdy nie widziałam nikogo z widowni, nikogo ze słuchaczy, widząc kogokolwiek pomyliłabym tekst, a w najlepszym razie nie byłoby tego serca w piosence. Niestety zazdrość dośpiewa sobie wiele, krzywdząc w ten sposób najbardziej zazdrośnika. Taki problem jak pani doktorowa miał też mój mąż, ciągle szukał na widowni kogoś dla kogo śpiewem wyznaję miłość. Czy państwo X się rozwiedli ? Nie wiem. W każdym razie żaden z patronów już dawno nie żyje a były to piękne osobowości.

Komentarze na temat…

Zasypana zostałam komentarzami dotyczącymi mojego listu do Pani Redaktor – na zasadzie – o co tu chodzi? Przepraszam, istotnie nie wyjaśniłam. List napisałam jako odpowiedź dlaczego nie możemy się spotkać na wywiad; ponieważ po pierwsze jestem chora, po drugie nie wiele mam do powiedzenia, bo nie wiele pamiętam. Owa Pani Redaktor to Beata Brokowska, dziennikarka naszej Gazety Olsztyńskiej, Stypendystka Marszałka Województwa Warmińsko Mazurskiego, która jest w trakcie zbierania materiałów do swojej pracy doktorskiej – Śladami Balbiny Świtycz Widackiej, ponieważ zbliża się 50 rocznica śmierci artystki.. Zbiera wszystkie wiadomości jakie się da i w ten sposób trafiła na moje nazwisko. Ponieważ byłam na takim etapie choroby, że nawet rozmowa przez telefon sprawiała mi trudność powiedziałam jej, że to co wiem napiszę na swoim blogu jak tylko poczuję się chociaż trochę lepiej; a na blogu dlatego, ponieważ innego e adresu nie mam i nie umiałabym napisać na adres Pani Redaktor. Pani Redaktor, po przeczytaniu tego listu zadzwoniła do mnie i spytała czy może w swojej pracy dosłownie zacytować mój wpis i odwołać się do mojego bloga. Ponieważ wiedziałam, że sponsorami Jej pracy są władze naszego miasta, a na swoim blogu jadę po nich ostro, uprzedziłam Panią Redaktor, że takie odwołanie się do mojego bloga przyczyni się do jego reklamy co sprawi mi przyjemność, ale nie jestem pewna czy nie zagra Pani na nosie swoim sponsorom, w ten sposób szkodząc sobie. Domyślam się, że nie przeczytała Pani mojego bloga dlatego tak odważnie odsyła pani swoich czytelników do niego. Teraz ten mój blog to jest takie trochę ble, ble, ble ale od początku przedstawiał zakulisowe, bezpardonowe rozgrywki dyrekcji DPSu. wobec swoich podopiecznych za zgodą i wiedzą władz olsztyńskich – świadczą o tym w całości cytowane pisma od Prezydenta Miasta straszące Sądem mnie a nie swoich dyrektorów. Już wcześniej pisałam, że bardzo lubię czytać prace doktorskie ale nigdy nie przypuszczałam, że w jednej z tych prac będę wymieniona z nazwiska razem z adresem mojego bloga. Tak więc prababcia102pl. dostaje drugie życie. Bardzo się cieszę.

Jestem jeszcze słabiutka dlatego nie wiele napisałam, ale za tydzień będzie okey.

I już jest jako tako.

Dawałam sobie czas zbierania się do kupy do końca miesiąca października, a tym czasem jest 22 X a już pełzam jako tako. Już wyszłam o godzinie 7 rano do atrium, jak za dobrych zdrowych czasów. Wprawdzie nie ćwiczyłam, nie miałam siły, ale poruszałam się troszeczkę. I pomyśleć, że wszystkim zrządził przypadek. Do kompletu moich dolegliwości zaczęła mnie męczyć rwa kulszowa, a na nią mam bardzo dobry lek – Diklowit, przyjęłam jedną tabletkę i wszystkie bóle zmniejszyły się o 90%. Oszalałam z radości – sama wstaję z łóżka. Nie muszę nikogo o nic prosić. Ogromna ulga. Jeszcze daleka droga do całkowitego wyzdrowienia ale już ta droga jest prościutka i na uśmiechu nie na skwaszonej minie. Jeszcze wiele rzeczy nie mogę zrobić, np. ułożyć się w łóżku na boku, którymkolwiek boku, ciągle leżę na plecach i prosto jak decha z marzeniami o ułożeniu się na którymkolwiek boku.

Podobno na feysbooku krąży jakiś artykuł o mnie a ja nie mam możliwości zobaczenia bo nie mam swojego konta. Tak więc teraz zadanie dla prababci to nauczyć się założenia sobie konta. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać ale mam wyznaczony cel i to jest ważne.

Życie bez celu jest straszne. BUZIAKI.

Prababcia się rozsypuje.

Po przeczytaniu takiego nagłówka, jak wyżej, już widzę jak Dyrekcja DPSu zaciera ręce. A figa z makiem, nie dam się.

Moja choroba, a w zasadzie dwie, niestety zamiast przechodzić pogłębiła się. Nie dobrze być grubasem to utrudnia przepływ krwi zwłaszcza w tkankach stłuczonych tak makabrycznie jak u mnie – ( to moja diagnoza ). Powstało zakażenie bakteryjne organizmu a dopiero po dwóch tygodniach choroby dostałam antybiotyk. Także jeszcze 10 dni i pewnie z jedną chorobą się uporam, niestety na drugą lekarstwa innego nie ma jak tylko czas, a z tym nic nie wiadomo. Na wszelki wypadek pobrano wymaz żeby sprawdzić czy to nie COVID ale na szczęście nie. Okazało się, że u nas panuje COVID a ze mną była trochę dziwna sytuacja, w środę przyjęłam czwartą dawkę, w czwartek ją makabrycznie odchorowałam a w piątek ten nieszczęsny upadek i choroba na całego.

Bierze mnie już trzecia choroba – skleroza. Zupełnie zapomniałam, że krótko przed chorobą byłam w naszej straży miejskiej w sprawie zarośniętego chodnika. Chodnik jest zarośnięty na wysokość metra co uniemożliwia przejazd wózkami czy chodzikami. Dla odmiany po drugiej stronie ulicy, na chodniku, od kilku miesięcy stoi samochód dostawczy i w ogóle nie można było korzystać z chodnika a na dodatek samochód ten zasłaniał widoczność. Ten chodnik po obu stronach ulicy był zrobiony dla naszej, czyli mieszkańców DPS, wygody, a my mieliśmy poważne utrudnienie. ( Nasza Dyrekcja jeździ samochodami i problemów pieszych nie widzi ). Aż tu nagle dzwoni do mnie pan ze straży i melduje wykonanie zadania. Zgłupiałam, w ogóle nie wiedziałam o co chodzi. Ów pan musiał wymienić wszystkie moje dane aż wreszcie zaskoczyłam – skleroza. Przepraszałam owego pana za moje zapomnienie tłumacząc się starością, a pracownik straży swoimi wywodami podbudował mnie na duchu – przygotowała pani dokumentację zdjęciową dołączając do tego szczegółowo wyjaśniające pismo. Przyszła pani do nas i rozmawiałem z panią i stwierdzam stanowczo, że nie jest pani staruszką tylko pełno wartościowym obywatelem . Może rzeczywiście po prostu zostałam wyrwana z ” kontekstu ” i stąd ten brak skojarzeń. Szkoda, że nie mogę zobaczyć jak wygląda to wykonanie zadania. I powiedzcie, czy nie powinien być u nas, w naszym Domu ktoś kto przejął by się sprawami mieszkańców. Szanowna Dyrekcjo – Samorząd Mieszkańców to jest coś koniecznego, nieodzownego dla poprawy życia waszych podopiecznych, a WY się boicie tego Samorządu jak ognia. Wyraźnie Wam nie zależy na dobru podopiecznych tylko na świętym spokoju w zaciszu gabinetów. Wybory do Samorządu przeprowadzono ostatnio 10 lat temu, fałszując je w perfidny sposób. Ponieważ wiecie, że dzisiaj takie fałszerstwo nie przejdzie to zapominacie o swoim obowiązku.

Dziękuję za poparcie moich uwag odnośnie pracy pań z Leśnej Chaty. Szkoda, że piszą do mnie osoby już nie pracujące u nas. Ale rozumiem. Otworzyliście mi oczy, że chodzenie po pokojach pracowniczych to nie tylko ploteczki to przede wszystkim zbieranie informacji dla szefowej. Wpadają do pokoju dwie rozbawione, roześmiane pracownice i nikomu do głowy nie przychodzi, że to podsłuchiwanie, podglądanie a później kablowanie. Przecież są to godziny pracy a one nie dość, że nie pracują to jeszcze notorycznie przeszkadzają w pracy innym. Nikt po za nimi nie może sobie na to pozwolić. No i jeszcze opisujecie biesiadne wręcz śniadanka w Leśnej Chacie. Kto to widział żeby biurka obstawiać talerzami i sztućcami które później ktoś inny musi pozmywać; przecież te panie są przeznaczone do wyższych celów. To dlatego pokoje owych pań są zawsze zamknięte na klucz. Nie wiadomo co jeszcze tam się dzieje. Wstyd, wstyd, wstyd.

Ojej jak boli !

Obolała jestem strasznie, poobijana niemiłosiernie, jednak nie o swoich bólach chciałam pisać tylko o zachwycie nad podejściem do pracy opiekunów i pokojowych naszego Domu z każdej zmiany – porannej, popołudniowej i nocnej . Do każdej czynności takiej jak posiłek czy toaleta, trzeba mnie podnieść. Leżąc na łóżku jestem jak kłoda, ręką nie sięgnę niczego nawet z szafki obok. Nie zmienię pozycji, nie przesunę się nawet o parę centymetrów. Natomiast jak już mnie podniosą to jako tako funkcjonuję. Dlatego ze strachem myślę o ponownym położeniu się i wstawaniu. Wstydziłam się bardzo prosić o podnoszenie mnie co kilka godzin, jednak wszyscy opiekunowie z taką życzliwością zapewniali mnie, że to żaden problem, że zawsze chętnie mi pomogą, iż w końcu nabrałam odwagi i teraz wszystko chodzi jak w zegarku. Wszyscy pracownicy z mojego rewiru wiedzą o której prababcia musi iść do łazienki i meldują się w gotowości. Poranna zmiana to wiadomo, są na tym samym korytarzu co ja i wszystko o mnie wiedzą, kontakt z nimi jest ułatwiony; druga zmiana rozpoczynając dyżur przychodzi do mnie żeby dowiedzieć się co i jak, natomiast do nocnej zmiany ja się dopasowałam i przychodzą do mnie tylko raz. Z wizytą byli u mnie prawie wszyscy pracownicy tylko nie trzy uszka szefowej. Fakt, sympatii między nami nie ma, ale owe panie są pracownicami a ja jestem ich podopieczną. Owe panie nie interesowały się mną nigdy i nie proponowały niczego, tak więc w ramach rewanżu ja zainteresowałam się nimi i opiszę jak wygląda ich dzień pracy. Przychodzą do pracy przed godziną 7. 30 – po co o tej porze skoro cokolwiek robić zaczynają o godzinie 9.00. Wchodzą do swoich pomieszczeń i zamykają się na klucz. Ich pomieszczenia – czyli Leśna Chata – są zawsze zamknięte czy jakieś zajęcie w nich są czy nie. Kilkanaście minut przeznaczają na – jak minęła noc – później idą na papieroska – jedna pali idą wszystkie. Po papierosku są już takie ploteczki na całego i przeszkadzanie w pracy fizjoterapeutkom. Nic to, że na sali gimnastycznej są ludzie którzy widzą i słyszą a później komentują – tym paniom wszystko jest dozwolone. O godzinie 8. 30 wpadną na stołówkę żeby na ucho przypomnieć swoim wybranym podopiecznym, że o godzinie 9.00 jest prasówka, czytanie książki i zajęcia w pracowni plastycznej. Zajęcia kończą się o godzinie 10 i trzy panie są już bardzo zmęczone. Jak odpoczną to jeszcze przez godzinkę poprowadzą zajęcia ” teatralne ” i ceramiczne, do godziny 14 fajrant, o godzinie 14 gry i zabawy oraz logopedia, o 15 stej koniec pracy . Czyli, że owe panie pracują 3 no może 4 godziny. Przez to nikt ich nie lubi, ponieważ każdy po za tymi paniami nie wie w co ręce włożyć. Jak znajdą chwilę na oddech to wszystko. Każdy wpada do pracy i natychmiast bierze się za robotę – tylko nie one. Nikt im tego nie wypomina, bo jeśli chciałby to zrobić to najpierw musiałby znaleźć sobie inną pracę. Wyobrażacie sobie szefową bez uszu. No ale jakby nie patrzeć to troje uszu to trochę za dużo.