Sukces czy porażka?

Na to pytanie jest bardzo trudno odpowiedzieć, w wielu dziedzinach jest po prostu kogiel mogiel. Zarówno Polska jak i świat podzielony jest na pół i to co dla jednych jest sukcesem to ci drudzy krzyczą, że to porażka. Tramp chwali się sukcesami a reszta świata twierdzi, że cokolwiek by zrobił czy nie zrobił to naraża się przede wszystkim obywatelom swojego kraju ale i reszcie świata. Za Trampem krok w krok podąża nasz Nawrocki i tak jak Tramp ogłasza się królem świata to Nawrocki za wszelką cenę chce być najważniejszy w Polsce. Z jego zachowania wynika, że nie uznaje demokracji i marzy mu się dyktatura. Wymaga żeby Rząd wszystko cokolwiek ogłosi czy zrobi najpierw uzgadniał z Nim, ale On sam z Rządem nie uzgadnia niczego, i o dziwo w sondażu na najwyżej cenionego polityka w Polsce, Nawrocki jest na pierwszym miejscu, a zaczęło się od tego nieszczęsnego Orderu. I tak oto doszliśmy do Ukrainy, która na początku wojny rosyjsko – ukraińskiej połączyła Polaków współczuciem do siebie i niesieniem pomocy naszym biednym sąsiadom. Z chwilą kiedy nasz Prezydent oznajmił odebranie Orderu Orła Białego Załenskiemu, znów podzieliliśmy się bo zaczęliśmy dostrzegać brak wdzięczności ze strony Ukrainy. Widzimy, że Ukraińcy biorą chętnie ale cokolwiek dać, to już problem. Zaczęły się uwidaczniać podstępne działania świadczące, że to jest kraj na który liczyć my nie możemy. To Polacy jak wiedzą, że muszą coś dać żeby pomóc, to zapominają o sobie i pomagają. Ukraińcy przede wszystkim myślą o sobie. No weźmy chociażby ostatnie zachowanie się Mera Lwowa, przyjechał nie zaproszony na Światowy Zjazd Biznesu do naszego Gdańska i zaczął działać pokątnie nie ujawniając się, że jest i podpisał 6 umów w ramach odbudowy Ukrainy z krajami zachodnimi nie mówiąc Polakom nawet dzień dobry. My Polacy musimy to wszystko znosić cierpliwie i czy chcemy czy nie musimy Ukrainie pomagać bo nikt nie chce żeby Ukraina przegrała wojnę, ponieważ nigdy nie będzie niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy, zacznijmy jednak kalkulować czy to co robimy doprowadzi nas do sukcesu czy będzie to porażka.

I to byłoby tyle, jak na te upalne dni to w zupełności wystarczy. NARA !!

Codzienność staruszki.

Zaczęłam korzystać z zabiegów naszej fizjoterapii. Nie wiem czy podwieszki na ręce albo platforma wibrująca mięśnie nóg, to są zabiegi, ale z tego właśnie korzystam. Od ciągłego podpierania się na moim chodziku wysiadły mi barki do tego stopnia, że któregoś dnia musiałam prosić o pomoc przy założeniu swetra, i właśnie wtedy przypomniało mi się, że podwieszki wszelkiego rodzaju działają na mnie jak najlepsze środki przeciwbólowe. Natomiast platforma wstrząsająca mięśnie nóg to mój pomysł na wieloletnie męki nocnych skurczy nóg. Nie wiem czy to dobry pomysł, ale próbuję wszystkiego i jak do tej pory nic nie pomaga, żadne tabletki z magnezem, potasem i witaminami z grupy B. Do tego doszło, że w moim organizmie zebrało się za dużo potasu, a problem w tym, że i nadmiar i niedobór potasu czy magnezu daje takie same objawy. I bądź tu mądra. Usiłowałam likwidować skurcze drogą eliminacji, to znaczy odstawiałam wszystkie używki które mogą wypłukiwać minerały z organizmu i niestety nic nie pomagało. Ostatnia deska ratunku to ta platforma. A nóż widelec pomoże. Jak już byłam przypięta do podwieszek, a raczej moje ręce nie ja, popatrzyłam na obecne na sali gimnastycznej osoby i doznałam dziwnej ulgi. Uświadomiłam sobie, że nie ma już osób które mnie gnębiły, albo osób które bały się do mnie zbliżyć bo będą za to gnębione. Pomyślałam, że przecież idąc na salę nie spotkałam też ani jednej osoby nie przychylnej do mnie, a przecież przed stołówką siedziało około 20 osób. BOŻE JAKA ULGA. Nie ma już ludzi którzy podkładali mi kłody pod nogi. Dręczyli mnie ponad 10 lat. Są jeszcze trzy osoby które: jedna z przyzwyczajenia jest mi nie miła – to Jan, czyli PAN NIKT, ale mnie to ni ziębi ni grzeje, druga osoba to pani dyrektor, choć mam wrażenie, że ona jak mnie widzi to jej się przypomina jaka była wobec mnie i jest jej łyso, czyli tak trochę wstyd, jeśli w ogóle takie osoby znają takie odczucia jak wstyd; ja mam jednak wrażenie, że tak jest. No i trzecia osoba to siostra przełożona. To jest z krwi i kości zły człowiek, ona może by i nie chciała być taką jaką jest, ale inaczej nie umie. Robienie świństw wszystkim którzy są blisko niej sprawia jej satysfakcję. Ja na nią już patrzę z politowaniem, dla mnie to jest nędzny człowieczek.

Jestem zachwycona zabiegami które sobie wymyśliłam, czyli podwieszkami na bark i platformą na nogi. Podwieszki miałam zaledwie dwa razy, ale były bardzo profesjonalnie zainstalowane na moich ramionach. Zrobiła to oczywiście Asia. Ból ramion ustąpił definitywnie; z platformy skorzystałam również tylko dwa razy i tak samo rewelacja, w tym wypadku jednak to było dwojako, za pierwszym razem program był ustawiony na wibrację ud, ponieważ po pierwsze narzekałam na skurcze mięśni ud, a po drugie podobno ze względu na żylaki nie mogę mieć masowanego podudzia i w konsekwencji miałam nadal skurcze tyle że nie tak silne. Za drugim razem program ustawiła mi Bogusia – koleżanka która właśnie zeszła z platformy i zrobiła dla mnie takie ustawienie jakie ona miała. To były bardzo silne wstrząsy podudzi, i to była rewelacja. Trzy noce bez skurczy. Mogę się przeciągać w różne strony i nic. Jak zbliżała się godzina trzecia nad ranem zawsze budziły mnie skurcze a tym razem ja budziłam się sama i prowokowałam organizm żeby sprawdzić czy to czortostwo mnie złapie i nie złapało. Polecam. Będę musiała skonsultować z naszym lekarzem jak wybrnąć z sytuacji kiedy wibracje podudzi pomagają na skurcze idealnie ale szkodzą na żylaki. Czy jest jakiś sposób żeby był i wilk syty i owca cała.

Jutro przyjdzie do mnie 10 osób w tym troje małych chłopców, niestety w naszym domu nie ma miejsca gdzie można by przyjąć tylu gości, nasze pokoiki są za małe. Jest ewentualnie pracownia logopedyczna Kasi ale ona jest mała, 10 osób dorosłych usiądzie na kanapach i jeśli nie będzie się wiercić to wytrzyma z godzinkę, ale co z dziećmi? Na zewnątrz, pod tak zwanym grzybkiem, zazwyczaj goszczą obcy ludzie, bo to jest piękne miejsce pod lasem. Przyjeżdżają z miasta i robię sobie grila. Przecież ich nie wyproszę. Budynek wielki a miejsca na spotkania w liczniejszym gronie, brak.

I to wszystko, NARA !!

Rynna…

Obiecywałam, że na każde zadane przez moich czytelników pytanie, szczerze odpowiem. A tu stop, nie na każde. Od tygodnia przymierzam się żeby odpowiedzieć Wam na jedno z nich , i nie wychodzi. Gotowa jestem nawet przestać prowadzić bloga żeby tylko nie musieć opisywać swoich jedenastu lat w małżeństwie. A tego typu pytaniami jestem wręcz zasypywana, więc coś trzeba. Dopiero teraz rozumiem kobiety które pomimo gehenny w domu nikomu o tym nie mówią. To jest tragicznie ciężkie. W człowieku następuje taka blokada, że nie sposób jej zerwać. Zablokowany jest i umysł i serce. Człowiek staje się taki ubezwłasnowolniony i na to nie ma wpływu. Teraz mówi się, że temat nie został przepracowany z psychologiem. Ponieważ niczego nie przepracowywałam z kimś to spróbowałam to zrobić sama z sobą; do pamiętnika rodzinnego pisanego w formie korzeni rodzinnych, dopisałam część zatytułowaną – z deszczu pod rynnę – i w tej części opisałam to swoje życie w małżeństwie, ale pokazać tego komukolwiek, nie potrafię. I tak tkwię w tej rynnie. Zaczęłam przeglądać bloga – prababcia 102 – żeby zorientować się czy coś na ten temat kiedykolwiek pisałam- i owszem, robiłam takie wrzuty słowne, ale to było chyba tylko dla wtajemniczonych a takich brak. Dlaczego tę część rodzinnych korzeni zatytułowałam – z deszczu pod rynnę, otóż od trzeciego roku życia do szesnastego byłam bita przez brata. Dlaczego? opisuję to w rozdziale bloga zatytułowanego – Gala. Jako małe dzieci mieszkaliśmy w szkole rosyjskiej i chodziliśmy do przedszkola rosyjskiego. Mój brat jako przedszkolak wielkim patriotą był i nigdy nie odpowiedział nikomu inaczej jak po polsku; za to właśnie był bity przez rówieśników. Ja natomiast odpowiadałam każdemu w języku w jakim byłam pytana i za to obrywałam od brata w domu. To bicie mnie weszło mu w krew aż ja powiedziałam dość i wyszłam za mąż żeby uwolnić się od brata i tak wpadłam z deszczu pod rynnę mając lat siedemnaście. To moje wyjście za mąż również opisałam na blogu w dniu 12 IX 2018r. zatytułowane – szczyty głupot. Żeby nie sąsiad z ul. Radiowej pewnie w tym związku tkwiłabym latami, ale to on, sąsiad i szef wydziału śledczego Komendy Wojew. postawił mnie do pionu. Od rozwodu nie ośmieliłam się żyć w związku z jakimkolwiek mężczyzną. Wolałam nie ryzykować. Ale za to dziś, jestem cholernie silna pod względem psychicznym. Dlatego właśnie, pomimo wielkich starań kierownictwa naszego DPS żeby mnie wykończyć, nic z tego nie wyszło. Jestem odporna na wszelkie wstrząsy psychiczne.

I to wszystko, więcej nie dam rady – NARA !!

Pierwsza Komunia

W niedzielę 31 maja br. mój czwarty prawnuk, przystąpił do Pierwszej Komunii Św. a mnie ogarnął smutek nie radość. Po co ta pompa? Tłum gości. Wynajęta sala w restauracji. Za moich czasów to nawet wesele było skromniejsze. Przypomniała mi się moja Pierwsza Komunia. To był rok 1950. Owszem był tłum gości ale bez specjalnych zaproszeń z prośbą o potwierdzenia przyjścia. Na dziedzińcu kościelnym rozstawione stoły przykryte białymi prześcieradłami i udekorowane zielonymi gałązkami a na stole dzbany kakao i drożdżowe ciasto, zapraszały wszystkich. Kto chciał ten przyszedł, znajomi i nie znajomi; bo to było przyjęcie dla wszystkich dzieci które przystąpiły w tym dniu do Komunii św. Każdy, kto chciał to w czymś pomógł a zatem i czuł się jak gospodarz nie gość. Nikt nikomu nie fundował prezentów, największym prezentem było zdjęcie z księdzem i obrazek święty jako pamiątka, którą mam do dziś. Był ogrom radości i to wszystko. Mamy dzieciaków po przyjęciu, musiały stroje komunijne pięknie wyprać i wyprasować i oddać w depozyt do Kościoła, ponieważ za rok musiały z tych ubranek korzystać inne dzieci. Kto dał te stroje w obieg jako pierwszy nikt nie wiedział. Kto miał ten dał. Kogo było stać to uszył i podał dalej i nikt nie pamiętał kto to był. Boże, jakie dawne to czasy a jakie piękne. Nie byłam na przyjęciu komunijnym żadnego z czwórki prawnuków; nie mogłabym patrzeć na ten przepych, a swoich odczuć ukrywać nie umiem więc byłabym nie miłym gościem, na szczęście zawsze mogę się wytłumaczyć swoją starością która pozwala mi na wszelkie słabości. Został jeszcze jeden prawnuk, który prawdopodobnie w ogóle nie przystąpi do Komunii Św. bo jego mamie, czyli mojej wnuczce coś się odwidziało, nastąpiło odstępstwo od wiary. Ona sama przystąpiła do Pierwszej Komunii, a jak wyglądało przyjęcie po komunijne to opisałam je wierszem:

Tego roku maj był Laury, otulił ją bielą, kołysała w sercu Bozię z dumą i nadzieją. Skąd powaga taka w dziecku, skąd tyle godności? W długiej sukni kroczy dumnie i zaprasza gości. Zapraszała nas do stołów umajonych kwieciem; z lewej strony starsi siedli, po prawej zaś dzieci. Kuchnia polska i chorwacka na białym obrusie, ustawiają pełne misy Damirek z tatusiem. Rośnij zdrowo polska wnuczko choć z Chorwackiej ziemi, wojna ciebie tu przygnała z rodzicami twymi. Szłaś przez Sztudgard do Olsztyna Zagrzebianko mała . Rośnij zdrowo, ucz się dobrze, tryskaj szczęściem cała.

Laura to moja najmłodsza wnuczka. Damir jej starszy brat przystąpił do Pierwszej Komunii w Sztudgardzie. Pomimo to, że Niemcy są znacznie bogatsi od nas, to do Komunii Świętej dzieci przystępowały w bardzo skromnych strojach – wszyscy i chłopcy i dziewczynki byli poubierani w skromne alby. Stroje te otrzymali od kościoła i po przyjęciu do kościoła zwrócili. Nikt nie wyróżniał się i to podobało mi się bardzo.

Mój najstarszy wnuk, choć był ubrany wręcz wytwornie w garnitur i pod muchą, oczywiście białą i w białych rękawiczkach, to jego przyjęcie komunijne miało miejsce w domu, akurat dostali swoje, nowe mieszkanie i w gronie wyłącznie rodziny. Nikomu nawet do głowy nie przyszło żeby wydziwiać z przyjęciem i prezentami; dlatego wspominam ten czas bardzo czule.

I to już wszystko – NARA !!