Moje gorzkie żale

Najpierw odpowiem Józi odnośnie diety cukrzycowej. Kochanie, powinnaś się cieszyć przecież pan doktor stwierdził, że nie masz cukrzycy. Ale mogę mieć – wykrzykiwała Józia. Józia, jeśli tak bardzo zależy ci na tej kanapce którą dostawałaś o godzinie 16 to idź o tej porze do kuchni i na pewno dostaniesz. Dziwi mnie trochę fakt, że ten drobny posiłek dla cukrzyków został przeniesiony z godziny 16 i dołączony do kolacji. Czyli, że tę dodatkową kanapkę można zjeść w nocy, a pomiędzy obiadem a kolacją jest 5 godzin przerwy. Zdaje mi się , że to coś nie tak, ale nie będę zabierała głosu ponieważ w tym temacie są mądrzejsi ode mnie. Józi wytłumaczyłam na tyle na ile umiałam. Chyba jednak nie usatysfakcjonowałam Jej. Ja natomiast poczułam się usatysfakcjonowana, że sprawę diety cukrzycowej tak starannie usiłowała mi wytłumaczyć nasza dietetyczka i to na prośbę dyrekcji. Droga dyrekcjo, żebyście w taki sposób podchodzili do różnych skarg pisanych do was i o was, czyli tłumaczyli cierpliwie, albo tłumaczyli się, to może ci co piszą przestaliby to robić. Żebyście grzecznie porozmawiali z Witkiem czy Antosiem to może ci panowie zaprzestaliby swojej beletrystyki. Ze mną to jest trochę gorsza sprawa, ja po prostu szukam dla siebie zajęcia. Należę do ludzi czynu. Przypomnę – odsunęliście mnie od jakichkolwiek zajęć – ” a człowiek coś robić musi, bo inaczej się udusi”. Tak więc ja pisać nie przestanę bo coś robić muszę. Do tego co robiłam kiedyś już serca nie mam. Wszystko co robię to muszę robić z pasją. Teraz z pasją uczę się jak otworzyć nowy folder, jak coś wyciąć, wkleić czy przenieść. A wy myślcie jak zabrać mi tę przyjemność bo to jest wasza specjalność. Jak już wymyślicie to zaręczam, że znajdę coś nowego co mnie pochłonie bez reszty. Z satysfakcją przechodzę koło osób które współdziałały z dyrekcją żeby mnie unicestwić. Z tej bandy zostały już tylko dwie osoby w tym tylko jedna jako tako myśląca – to pani NIKT. O świństwach których doznałam w tym domu i które były pod dyrekcją jednej i drugiej pani dyrektor, nie zapomnę nigdy. One już mnie nie bolą; jeśli już to tylko skutki po udarze. A mój udar to wasze szczytowe osiągnięcie. Świństwa wyrządzane przez was już nie bolą, ale nie zapomnę o nich nigdy i będę nieustannie przypominała. Ci ludzie którzy widzą w was jakieś człowieczeństwo muszą zrozumieć, że to pozór.

Za oknem jest tak pięknie a u mnie gorzkie żale…

Jestem prawie studentką

Długo nie pisałam ponieważ najpierw były zajęcia w ogródku poprawiane po mnie przez dziki i przez mróz – ( ja głupia myślałam, że to już wiosna ), później zaczęłam uczęszczać na kurs komputerowy. I znów jak ta głupia zapisałam się na ten kurs – bo to dla emerytów to pewnie dam radę. Dopiero na zajęciach zobaczyłam, że emeryt emerytowi nie równy. Co innego sześćdziesiątka a co innego osiemdziesiątka. Po prostu nie wytrzymuję czasowo. Trzy i pół godziny zajęć z jedną przerwą to dla prababci za długo, zwłaszcza, że w sumie z wyjściem i powrotem do DPS zajmuje mi to 6 godz. Po powrocie padam i odpoczywam dwa dni. O powtórce materiału mowy nie ma bo ciągle jestem zmęczona. Ten kurs – to nie w kij dmuchał – organizatorem jest Uniwersytecki Wydział Informatyki. Ja dziękuję Bogu, że orientuję się o czym się mówi, ale z zapamiętaniem tego o czym jest mowa, to niestety będzie bardzo źle. Już od pierwszego momentu czułam szczególną opiekę nad sobą. Dawno nie odczuwałam aż takiej troski . Na pierwszym spotkaniu stałam się sensacją. Poszukiwano prababci blogerki. Byłam zaskoczona – wszyscy mnie tam znali, jedni jeszcze ze sceny a inni tylko z internetu, ale prawie wszyscy podawali informację o mnie z ust do ust a podczas przerwy co rusz ktoś mnie komuś przedstawiał. Na szczęście tak było tylko w pierwszym dniu. Źle się czułam ze świadomością iż wszyscy wiedzą o czym piszę, a ci co nie wiedzieli to teraz już wiedzą.

Po powrocie do DPSu od razu musiałam wysłuchać skarg. Zygmunt skarżył mi się, że pan NIKT tak go pchnął na drzwi, że ma sine ramię. To już nie pierwszy raz jak pan NIKT zaatakował Zygmunta – co na to Dyrekcja? Chyba nic bo pan NIKT jest ważniejszy od Zygmunta. Rozmawiałam z ludźmi, którzy to widzieli, ale ci wykręcają się żeby nie mieć z tym nic wspólnego. ” To tak zwani dobrzy ludzie „. Większość pytanych twierdzi, że nie rozumie Zygmunta, że on mówi raz tak raz siak. Tak więc poprosiłam go żeby mi pokazał kto go tak urządził, wskazał mi pana NIKT; człowieka z wyższym wykształceniem, podającego się za doradcę pani Dyrektor. WSTYD!!!

Zaczepiła mnie Halinka, która dowiedziała się, że ludzie przychodzą do mnie na skargę i poprosiła żebym znalazła dla niej czas, bo nie ma do kogo pożalić się. Pewnie, że znajdę czas i wysłucham.Przyszła do mnie Józia z informacją, że podwieczorek dla cukrzyków został połączony z kolacją i ona nie może się z tym pogodzić. Zrób coś – wykrzykiwała. Na pewno w poniedziałek ( dziś jest sobota ) zrobię dochodzenie w tej sprawie; bo jeśli to prawda, to znaczy, że nasza dyrekcja nie wie co to cukrzyca.

Był u mnie Stasiu, który mieszka w naszym DPS prawie tyle co ja a nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy – także wysłuchałam go uważnie. Stasiu zapisał się na wyjazd gościnny do innego DPS. Ogłoszenie wisiało około 10 dni z informacją, że ilość miejsc jest ograniczona. Stasiu zapisał się jako pierwszy a mimo to nie pojechał. Dyrekcja wybrała osoby które im odpowiadały a Stasia poinformowano, że wyjazdu nie będzie ponieważ zepsuł się samochód. WSTYD! ( Ten zepsuty samochód przyjechał po nas na rynek ). Droga Dyrekcjo, wróćcie do swoich starych zwyczajów szeptania na ucho wybrańcom, nie udawajcie, że jesteście w porządku, bo wszyscy wiedzą, że nie jesteście.

No i jedna dobra wiadomość od niedobrej recenzentki życia w DPSie. 13 kwietnia, w sobotę, w naszej stołówce odbył się koncert Żeńskiego Chóru Kameralnego ADVENTUS z udziałem aktorki Anny Samusionek jako prowadzącej. Chór, pod dyrekcją Mariusza Gebla śpiewał pieśni religijne. Pieśni śpiewane były w językach: angielskim, francuskim, ukraińskim, rosyjskim i oczywiście polskim. Śpiew był przepiękny. Pieśni angielskie były swingowane a ukraińskie śpiewane były na wzór dumek. Głosy artystów piękne, akordy czyściutkie pięknie brzmiące. Pani Anna Samusionek recytowała po polsku, teksty pieśni śpiewanych później w innym języku. W tym wypadku było coś nie tak z mikrofonem. Tekst był nie zrozumiały a mówiła go w końcu pierwszej klasy artystka. Wchodząc na salę usłyszałam głos pani kierownik socjalnej – ” jak dużo ludzi przyszło”. Szanowna pani kierownik to był nie zbity dowód, że ludzie znają się na pięknie.

Odpowiedź na komentarz Pana Huberta.

Najpierw napisałam Panu, że wiem tylko tyle co napisałam w pamiętniku, ale po namyśle przypomniałam o artykule pana profesora o którym chciałam zapomnieć. Chciałam zapomnieć o autorze ponieważ nie szanuję ludzi, którzy dla kariery depczą swoją narodowość. Autor artykułu zanim został profesorem Litwinem był Polakiem. Nie bardzo wierzę nawet w to co napisał. Otóż, napisał on, że wszystko zaczęło się od tego, że Polak- ojciec poszedł do Niemców na skargę na swojego syna, doszło do strzelaniny, w której zginął jeden Niemiec a w odwecie rozstrzelano 21 Polaków.

Na pierwszej stronie jest lista pomordowanych i tak jak pisałam brat Pana dziadka jest na pozycji 13 – wojskowy rocznik 1910. Na środkowej karcie jest według pana profesora dom Jana Kozłowskiego, a po olkienicku to jest dom Karolów, czyli ojca pana Jana, mojego dziadka.

Dziękuję bardzo, że zechciał Pan do mnie napisać. Życzę nostalgicznych rozmyślań nad dziejami naszych przodków podczas sentymentalnej podróży. Po informacje z kim rozmawiać na miejscu najlepiej pójść do Parafii. Czekam chociaż na okruch informacji o pobycie w Olkienikach.

Codzienność

We wtorek 19 marca br. był pogrzeb Kazia. Kaziu nie był naszym mieszkańcem ale od lat przychodził do nas na Pobyt Dzienny. Człowiek bardzo grzeczny i zawsze uśmiechnięty, mimo przeciwności losu. Nie pisałabym o tym, ponieważ w naszej sytuacji pogrzeb to chleb powszedni, ale chciałam zwrócić uwagę na podejście kierownictwa do takiego wydarzenia. Jak dotyczy to osób z Pobytu Dziennego to i kierownictwo i uczestnicy stawiają się w komplecie i z kwiatami. Z kwiatami i od siebie i od całego zespołu. A jak jest u nas? Jeszcze kilka lat temu to chociaż wysyłano jako delegatkę pracownika socjalnego. Była nim zawsze p. Agnieszka, która na początku miewała jakieś kwiaty czy znicz. Teraz olewają wszystkich jak leci – ( Pamior Maksim, czort z nim ). Na ostatnich kilku pogrzebach mieszkańców byłam tylko ja. WSTYD! To wszystko przez maniakalną oszczędność. Bo jak delegacja to i samochód i jakieś kwiaty. A ja myślę, że na kwiaty pieniążki by się znalazły. Ludzie umierają w różnych dniach miesiąca a opłata za pobyt jest pobrana za cały miesiąc. Zdarza się, że nasze szanowne kierownictwo zaszczyci swoją obecnością na mszy pożegnalnej jeśli jest ona w naszej kaplicy, w innym wypadku to za duży trud. Ten brak szacunku ludzie widzą i odwzajemniają.

Drugi temat to aktywność naszego psychiatry. Przyszedł do mnie zrozpaczony Antoś, że nasz psychiatra usilnie chce złożyć mu wizytę. Przyszedł w towarzystwie pracownicy socjalnej żeby w razie czego miał kto potwierdzić zachowanie pacjenta, oczywiście na korzyść dyrekcji. Dziwne są te wizyty psychiatry – nikt go o nie nie prosi a on taki skory . On przecież nie słucha ewentualnego pacjenta tylko wypowiada się w jego imieniu, mówi to co chce a później wpisuje w kartę te bzdety. Pan doktor jest od zastraszania mieszkańców na życzenie dyrekcji. Ponieważ dyrekcja nie życzy sobie żadnych uwag ani próśb, a Antoś często kieruje je pod ich adresem, to psychiatra ma Antosia od tego odzwyczaić. Że też pan doktor nie wstydzi się być chłopcem na posyłki.

Trzeci temat to wręcz dziwna nadgorliwość nowych mieszkańców odnosząca się do wiary katolickiej, ( w tym wypadku przepraszam, bo może to nie nadgorliwość tylko tak właśnie ma być – nie wiem ). Skrzyknęło się kilka pań żeby zaprotestować przeciwko udzielania Komunii Świętej rozwodnikom. ( Całe szczęście, że ja mimo rozwodu sprzed lat, jestem już wdową kościelną). Nie wiem co z tego wyniknie ale panie ostro wykrzykiwały. W ogóle ci nowi mieszkańcy są jakby odważniejsi, mówią głośno o różnych spostrzeżeniach i przyłączają w ten sposób do siebie innych. A w ilości siła.

Recenzja- czyli jestem nie dobra.

Wpadł mi w ręce  nasz kwartalnik – Głos Seniora.                        Z przykrością stwierdzam, że ani to kwartalnik ani to Głos. Kwartalnik powinien obejmować kwartał czyli trzy miesiące, a ten kwartalnik który mam przed sobą rozpoczyna się spotkaniem które miało miejsce 3 września a kończy się 31 grudnia.  Ten, że kwartalnik został nazwany wiele lat temu, Głosem Seniora, ponieważ pisali na jego łamach seniorzy o swoich problemach i o swoim życiu. To był Nasz Głos.  Owi seniorzy, mieszkający w tym DPSie lub przychodzący do niego, tworzyli zespół redakcyjny i wszystko co dotyczyło tego wydawnictwa  zależało od nich.  Przecież w naszym Domu byli i  są ludzie różnych zawodów i  mieli i mają wiele do powiedzenia. Pisywali  na jego łamach również pracownicy ale o czymś ważnym. Np. pani Nina pisała o zakupie nowego sprzętu rehabilitacyjnego i jego właściwościach, zachęcając do korzystania.  Pani kierownik socjalna odpowiadała na łamach kwartalnika na zarzuty stawiane dyrekcji. Informowała o niektórych przepisach nas dotyczących. Opiekunki pisały o swoich problemach z nami.  To był Głos – nasz i nas dotyczący, a co jest teraz? Tylko kronika ubarwiona zdjęciami. Typowa kronika informująca w trzech zdaniach o tym co było  i kończąca  każdą informację zachwytem nad organizatorami – ” było wspaniale”, tylko po to żeby połechtać kierownictwo.  Na trzydzieści  jeden notatek 21 podpisał Grzegorz, zwracając się sam do siebie per Pan i to jest jedyny mieszkaniec naszego Domu. ( A zatem to jest Głos Grzesia ).  Osiem  notatek sporządziła  Natalia – pracownica, również zwracająca się do siebie per Pani,  tak jak i Kasia – pracownica  która podpisała swoje dwie notatki, jako Pani Kasia.  Po za tym, że Grzegorz jest cały w ochach i achach nad tym co było to jeszcze właśnie on wygrywa  konkursy –  Turniej Bingo –  zwycięzca Grzegorz, pisze o nim Grzegorz. Konkurs na odgadnięcie  jakie miejsce przedstawia zdjęcie – wygrywa Grzegorz.

GRZESIU – jesteś wspaniałym człowiekiem: życzliwym, pracowitym, niebywale zdolnym manualnie, niebywale cierpliwym w wykonywaniu różnych prac, jesteś naszą złotą rączką  i najsympatyczniejszym Panem wśród mieszkańców, po co ci to lizusostwo. Nie podpisywałbyś tych notatek w kwartalniku to i kwartalnika by nie było a więc ulżyłbyś pracownicom. Dla pracownic to jest tylko obowiązek jeden z bardzo wielu. Dla dyrekcji to jest przedłużanie na siłę czegoś co było kiedyś,   żeby nikt nie zarzucił, że coś co było wartościowe, zostało zniszczone. Rozśmieszyła mnie notatka Natalki z dnia 20 IX informująca o spotkaniu na którym Dorotka odczytała najciekawsze artykuły z najnowszego kwartalnika.  Był chociaż jeden artykuł?                                                                                                                             Co mi się podobało w tym ostatnim kwartalniku to humor, tak więc przytoczę:

Psychoterapeuta  radzi pacjentowi :

– -Wieczorem, gdy będzie się pan kładł do łóżka, proszę wszystkie swoje problemy zostawić za drzwiami.                          -I pan myśli, że żona i teściowa zgodzą się spać na klatce schodowe.

Żona, sprawdza dokładnie garnitur męża, po powrocie z pracy. Nie znajduje ani jednego kobiecego włoska i mówi – ty już nawet łysej babie nie przepuścisz.

.P.S. Myślę, że tym razem, wszystko co napisałam, pani NIKT potwierdzi i  zgodzi się ze mną  w 100%.  nawet z tym, że kiedyś Kwartalnik był sprzedawany ( kosztował 2 zł. ) i za każdym razem robiono dodruki.

Jest dobrze, no prawie…

Tym razem będą prawie same pochwały.            Najbardziej pozytywnie zaskoczyła mnie wizyta dietetyczki u mnie. To kuchnia zdziwiona moim podejściem do żywienia poprosiła dietetyczkę o sprawdzenie czy jest jakiś problem. Ja, taka wszystko żerna , raptem zrobiłam sobie dzień ze ścisłą dietą a po tym dniu ze swojej diety wykreśliłam całkowicie wszelkie wędliny w plastrach, pasztety i pasty z wędliną.  Jeśli wędlina to tylko na gorąco. Dietetyczka przyszła z pytaniem  czy może w czymś pomóc?  Wytłumaczyłam, że przeżyłam dzień w którym wyraźnie odczułam, że zaszkodziła mi jakaś wędlina. Czuję teraz wędlino wstręt. A skoro chce mi pani pomóc to poproszę o opracowanie diety takiej, żebym co miesiąc schudła 1 kg.  Cztery  lata temu miałam taką dietę, schudłam w ciągu roku 13 kg. niestety po roku zaczęłam tyć,  przytyło mi się 6 kg. Teraz bardzo proszę o zlecenie kuchni co mają mi serwować nie pytając mnie co bym sobie życzyła. Ja się podporządkuję i będę zdrowa i szczęśliwa.  Dietetyczka wypytała mnie co lubię czego nie i czy mam jakieś dolegliwości związane z dietą. Rozmowa toczyła się gładko, jak równej z równą, przecież jestem technologiem żywienia. Tak więc zgodnie z powiedzeniem – szewc bez butów chodzi. Dobrze wiem co mam jeść i ile, ale jak kuchnia dostanie takie zlecenie po linii służbowej to mnie będzie wstyd cokolwiek zmieniać i może znów się uda.

Druga sprawa która zasługuje na pochwałę a nawet zachwyt, to podejście naszej krawcowej do mojej prośby.  Otóż, kupiłam dla siebie w ciucholandzie spodnie,  niestety wymagające poprawek. Spytałam,  czy mogę liczyć na pomoc z jej strony. Nie wiedziałam czy takie rzeczy robi nasza krawcowa.                   W ciągu trzech dni spodnie były wyprane, przerobione, wyprasowane i oddane mi do noszenia. W konsekwencji mam super spodnie za  złotówkę, bo tyle kosztowały.

Trzecia rzecz, którą jestem zachwycona, to zmiana w zachowaniu opiekunki o której  pisałam dwukrotnie źle. Porozmawiałam na jej temat nie z szefostwem, tylko z jej koleżanką po fachu, która odpowiada za pracę opiekunek. Pomogło i to nadzwyczajnie. Monika, bo o niej mowa, jest bardzo miła i do swoich podopiecznych i o dziwo do mnie. Nie daje mi do zrozumienia – ty kablu – tylko jest po prostu grzeczna. Chyba ją polubię, a może nawet już lubię.        Moimi opiekunkami jestem zachwycona. Są to dziewczyny z najwyższą notą.

Moją dietą niestety zachwiał dzień kobiet. Jak jestem w naszym DPSie 10 lat, to nigdy nie obdarowywano mnie czekoladkami i kwiatkami. Panowie jakby się zmówili. A, że jestem łasuchem to niestety cały tydzień mogę wykreślić z kalendarza diety. Wstyd mi. Te łakocie poważnie zburzyły moje radosne chwile. Tłumaczyłam, że nie mogę przyjmować takich rzeczy, niestety darczyńcy byli bezlitośni.

Druga rzecz która burzy moją radość życia, to sąsiadka z góry – p. Emilia. Jest to mój odwieczny problem – woda która co jakiś czas cieknąc z sufitu zalewa mi jakąś część moich pomieszczeń. W  łazience, po wielu latach znoszenia niedogodności, zrobiono u p. Emilii porządek. Teraz woda leci z sufitu w przedpokoju. Na suficie jest pęknięcie przy samej instalacji elektrycznej. Razem z opiekunką poszłam zobaczyć dlaczego tak się dzieje, jak zobaczyłam to struchlałam : w przedpokoju Emilii ze dwa wiadra wody, Emilia nagusieńka, przy otwartych drzwiach stoi boso w tej zimnej wodzie i z pretensją w głosie wykrzykuje – znowu coś się nie podoba tej z dołu. Opiekunka zgarniała wodę do łazienki a Emilka stała w tej wodzie i nawet nie zamknęła drzwi.

 

No i jak tu być dobrym?

Ilekroć usiłuję być tym ” dobrym ” człowiekiem, czyli według pracowników naszego DPSu po prostu nie pisać o nich źle, za każdym razem zdarzy się coś o czym napisać muszę, a co podważa ich dobroć albo fachowość.                                             Kilka miesięcy temu pisałam o swoich –  zajęciach, z których usiłuję skorzystać -. Tak właśnie zatytułowany był mój  wpis. Żeby pani kierownik socjalna nie pisała o tym do Urzędów, że ja korzystam z zajęć komputerowych to ja ani wówczas ani teraz nie pisałabym o tym. Ale skoro zaczęła to ja pociągnę temat. Po długich negocjacjach  miałam wreszcie ustalony termin swoich zajęć. Fakt, trzykrotnie spotkałam się z osobą prowadzącą zajęcia ale tym razem osoba ta bardzo dziwnie zachowywała się. Kiedyś była to najlepsza znawczyni tematu a teraz niczego nie umie.  Nie wiem czy ten zanik pamięci był pod wpływem osób trzecich, czyli konkretnie pani kierownik socjalnej, czy to autentyczna skleroza, która nieszczęśliwie dopadła trzydziestolatkę. Żeby to się zdarzyło raz, to pomyślałabym – trudno. Ale za każdym razem to już coś jest na rzeczy.                       Poprosiłam o pokazanie mi jak korzysta się z tłumacza językowego. Instalowała mi go dwa dni. Narobiła bałaganu w moim komputerze – miałam po jej usiłowaniach, cztery, nakładające się na siebie, karty GOOGLI i każda z tych kart tłumaczyła w innym języku.  Ja napisałam pytanie  o rozkład jazdy MPK w naszym mieście,  a  odpowiedzi dostawałam w różnych językach tylko nie po polsku.           Przypomniało mi się, że kiedyś, do starego mojego laptopa, tłumacza wprowadziła mi dziewczynka ze szkoły, która przyszła z występami do nas. Zrobiła to w ciągu 5 min. Zrobiła i wytłumaczyła jak z tego korzystać. ( Niestety prababcia zapomniała).  A tu osoba która podejmuje się prowadzenia zajęć komputerowych nie umie tego zrobić. Wówczas nie robiłam z tego afery – chciałam być ” dobra „.  Następnym razem poprosiłam o zgranie z internetu fragmentu filmu. Moja instruktorka męczyła się prawie godzinę i nic z tego nie wyszło. Wgrywała nawet swój login do mojego komputera ( nie wiem po co ) ale i tak nic z tego. Za trzecim razem jak jej nie wyszło to doszłam do wniosku, że to jest działanie celowe. Poprosiłam o wgranie płyty CD na pulpit.  Tę płytę parę lat temu sama zrobiła – ja nagrałam się na magnetofon                    ( czytałam nasze rodzinne drzewo genealogiczne) a obecna moja nauczycielka zrobiła z tego płytę CD, której teraz  nie umiała  wgrać na pulpit.  Natalka, przecież ty kiedyś nawet naprawiałaś mi komputer. I co, nagle z takiej ” bystrzycy ” stałaś się nieukiem? Jeśli faktycznie już nic nie umiesz to po co podejmujesz się roli instruktora prowadzącego zajęcia komputerowe.                 NIE POTRAFISZ NIE PCHAJ SIĘ NA AFISZ.  Poradzę sobie z bezradnością personelu naszego DPSu, po prostu częściej będę odwiedzała wnuka. Myślałam jednak, że pani kierownik socjalna umie dobrać personel odpowiednio  do potrzeb;  chociaż moim zdaniem to jest źle dobrana ona sama.

Dobroć

Co to jest dobroć, co znaczy to słowo?                                           W piątek 1 marca byłam u naszego lekarza,  miał On  jakiś dodatkowy dzień pracy i właśnie w ten dzień zaplanował wypłukanie moich uszu. Po zabiegu poczułam się wspaniale (głuchota jest straszna ) i powiedziałam głośno – Boże jaka jestem szczęśliwa, jaki świat stał się piękny.  Pan doktor na to – no to teraz już będzie pani dla wszystkich dobra.                A ha, czyli, że Pan doktor czyta mojego bloga, albo ktoś mu relacjonuje  i właśnie do niego nawiązał. Odpowiedziałam, że będę, ale po chwili zastanowienia powiedziałam – jak to dla wszystkich? No jeśli dla wszystkich to tylko dzisiaj. Zaczęłam się zastanawiać co znaczy być dobrym. Można być dobrym lekarzem, dobrym fachowcem,  a dobrym człowiekiem? Moim zdaniem wystarczy być człowiekiem.  Czy przymykanie oczu na zło to ma być dobroć?  To ja za taką dobroć dziękuję. Nie wiem czy jestem dobrym człowiekiem ale rzetelnym, na pewno tak. Nie przechodzę obojętnie wobec krzywdy wyrządzanej komuś.  Reaguję na każde zło. Może ja inaczej interpretuję słowo – zło.  Jak widzę, że ktoś potrzebuje pomocy pomagam natychmiast. Zawsze odprowadzę osoby błądzące do ich pokoi. Zawsze podwiozę na wózku osobę która sobie nie radzi z wózkiem. Jak  odwiozę do pokoju to spytam czy w czymś pomóc. Jak idę do miasta to zawsze komuś coś załatwię.   Takie czynności wykonuję codziennie. Czy to jest dobroć ? Myślę, że to jest rzetelność w byciu człowiekiem.  Wcale nie schlebia mi słowo dobroć; rzetelność tak. Nie raz słyszę, tu u nas, od naszych mieszkańców – jakaś ty dobra – dla mnie to jest takie ble, ble, ble. Właśnie tu, w naszym DPSie,  poznałam wszystkie wypaczone wartości. Nie wiem jak ogół nazywa osobę, która komuś podłoży świnię, obrobi tyłek, nakłamie według swojego widzi mi się, a później przytuli taką osobę i powie jej – jakaś ty dobra. I co, która z tych osób jest dobra, czy ta która po zrobieniu świństwa przytuliła, czy ta która usłyszała, że jest dobra. Czy dobra osoba pozbawia w perfidny sposób satysfakcji z robienia czegoś , inne osoby. Czy dobrocią jest niszczenie psychiczne człowieka.  CZY MOŻNA BYĆ DLA TAKICH OSÓB DOBRYM ? Ja widzę dobroć jak coś cichego, potulnego, łaskawego, a jednak nijakiego. Tak więc to nie ja.  Jestem wyrazista, zawsze taka sama, nikomu nie udało się przeciągnąć  mnie na swoją  stronę. Stąpam po ziemi twardo, jeśli nawet czasem tracę grunt pod nogami to tylko na chwilę.                                                                                                     Być dla wszystkich dobrym, tak jak chciałby nasz doktor żebym była , to jest zupełnie nie realne w moim przypadku. Ja jednym chętnie pomogę a drugim chętnie dokopię.

Nawiązania do komentarzy

Jeden z komentarzy liczył sobie aż 6 stron, niestety był napisany w języku niemieckim. Byłam ciekawa co można chcieć ode mnie aż w takiej formie. Po przetłumaczeniu okazało się, że to dziennikarz niemiecki jest zainteresowany moim pamiętnikiem i pyta  na ile może go wykorzystać.  Niestety nie może wcale. Żeby był to dziennikarz polski to może porozmawialibyśmy. Żeby rozmawiać z kimś na jakikolwiek temat należałoby go dobrze rozumieć. Tak więc przepraszam ale zgodnie z umową  czytam i odpisuję na komentarze w języku polskim.                                                               A propos strachu,  było też takie pytanie – czy się nie boję? Nie, nie boję się. Nie mam nic do stracenia. Mam nadzieję, że wszystko co najgorsze już się stało  i tego  już  się nie odwróci; to poszło na cały świat i będzie krążyć po nim.       Mam takiego administratora, że w razie jeśli mi się coś stanie on to wszystko dokładnie opisze przed zamknięciem bloga. Nie muszę się z nim widzieć, wystarczy jeden telefon albo brak telefonu w odpowiednim czasie.  Pisałam już o podobnym przypadku – kupiłam nowego laptopa i po trzech miesiącach padł twardy dysk. Wszystkie inne programy musiałam odtworzyć sama z głowy, natomiast mój pamiętnik był u mnie po 5 minutach.                                                   Moja szanowna dyrekcja nie ma wyboru, jeśli chce zakończyć to pranie brudów na forum to wyjście jest jedno -stać się człowiekiem, nawet w stosunku do mnie.  Nie przestraszą mnie już niczym, za dobrze się znamy.             Pani NIKT, na zebraniu wykrzykiwała, że  kiedyś  to  był najlepszy Dom w Polsce; bo nikt nie miał odwagi wywlekać brudów. Kiedyś ktoś musiał zrobić ten pierwszy krok.  Ja wiem, że łatwiej jest walczyć o zasady niż żyć zgodnie z nimi, ale ja musiałam – BO CI KTÓRZY NIE MOGĄ PODJĄĆ DECYZJI ABY ZROBIĆ PIERWSZY KROK SPĘDZAJĄ ŻYCIE STOJĄC NA JEDNEJ NODZE,albo w rozkroku; nie chcę ani tak, ani tak. Lubię stąpać twardo po ziemi.

A teraz trochę naszych spraw codziennych.                      Robactwo,  o które  był posądzany i oskarżany nawet przed Sądem, pan Witek, a które oblazło kiedyś i mój pokój, teraz zatruwa życie Zygmuntowi. Mimo dwukrotnego oprysku jakąś trucizną robactwo nie ginie. Naszemu kierownictwu nie przychodzi do głowy, że zawsze należy zacząć od znalezienia ogniska zarazy. U mnie również chciano opryskiwać po raz drugi; sama musiałam pokazać ognisko wylęgu robactwa – przy wymianie rur, u mnie w łazience  i  wybraniu płytek ceramicznych, zostawiono dziury pod sufitem. Można by było bez końca opryskiwać a robactwo i tak by się rozłaziło. Zygmunt od dwóch tygodni przychodzi do mnie ze  skargami. Będą robić u niego remont a przez ten czas niech robactwo się rozłazi gdzie się da. Przecież u nas  jest dużo ludzi których zawsze można oskarżyć, jak Amerykanów o stonkę, czy Witka o niechlujstwo.

Od jakiegoś czasu pracuje u nas opiekunka, u której rzuca się w oczy brak empatii, ale za to dziwnie jest bardzo częstym gościem siostry przełożonej. Już o niej kiedyś pisałam, że za jej odzywkę miałam ochotę strzelić na odlew.  Jak była u nas kontrola to ona biegała od kontrolerek do przełożonej. Pewnie przełożona ją ściągnęła do pracy i chce uczyć podobnych do swoich zachowań, widać po niej już , że to typowa decydentka rządzić a nie pracować. Kiedyś, w niedzielny poranek miałam okazję utrzeć jej nosa. Po śniadaniu niedzielnym siedziałam w stołówce i czekałam kto i kiedy przyjdzie po nasze dwie błądzące podopieczne.  Nagle widzę wchodzi do stołówki owa opiekunka. Zostawia wózek z naczyniami i wychodzi, a ja do niej – proszę pani, nie uważa pani, że trzeba by odprowadzić te dwie panie na ich korytarz. To nie moje podopieczne – odpowiada. A ja na to – myślałam, że nawet ja jestem pani. Zreflektowała się  i łaskawie zabrała panie ze sobą.

Na każdym stanowisku pracy porządnej roboty powinna nauczyć osoba która tę robotę wykonuje najlepiej anie ktoś kto chce mieć oddany sobie personel.

Moje spotkania z dzikami.

Kocham wszystkie zwierzęta świata. Pewnie, że są takie których się boję ale na ogół czuję tylko miłość. Obojętne  czy jest  to dzik czy to kaczka, ja z nimi rozmawiam i mam wrażenie że się rozumiemy. Przykładami mogłabym sypać jak z rękawa. Przez ostatnie 60 lat zawsze mieszkałam pod lasem i dużo w nim przebywałam. Moje pierwsze spotkanie z dzikami i to z dwiema watahami na raz było i piękne i straszne. Mój pies, notabene wzięty z naszego DPSu  w którym był i wszystkich i niczyj, a który sam mnie upatrzył na swoją panią, obudził mnie któregoś dnia  przed piątą rano dając do zrozumienia, że musi wyjść. Ponieważ nie mam i nigdy nie miałam problemów z wczesnym wstawaniem, na zasadzie – jak trza to trza – wskoczyłam w dres i  do przodu. O tej godzinie w parku pod lasem nikogo nie ma, co najwyżej znajome pieski, puściłam więc swojego Niuńka samopas. Nagle słyszę ujadanie. Mój pies miał piękny zwyczaj, zawsze o swoich zamiarach mnie informował. Tak więc ujadał na kogoś ale przybiegł do mnie w celu poinformowania mnie o czymś. W pewnym momencie znaleźliśmy się na ścieżce  na której z obu stron szły w naszym kierunku dwa stada dzików. Nie było pola manewru. Uklękłam na ziemi, przytuliłam do siebie swojego Niuniusia  ( tak został nazwany przez mieszkańców naszego Domu ) trzymałam jego mordkę w dłoniach żeby nie szczekał i nie drażnił loch.  Dziki sobie spokojnie przechodziły koło nas. Jedna z loch odwróciła się i zobaczyła, że brakuje jej jednego pasiaczka, zachrumkała, dzieciak wybiegł z ogródka sąsiadów i dołączył do swojej rodzinki. Nie mogłam się nadziwić, że ta dzika mama umiała doliczyć się swojej gromadki.                                                           Innym razem, już mieszkałam w DPSie i jak zwykle, codziennie o godzinie 5. 30 wychodziłam z kijkami na spacer do lasu. Nagle widzę na poboczu drogi, w krzakach, ogromne dzikie, błyszczące jak latarnie oczy.  Zauważyłam w tych oczach i strach i ostrzeżenie dla mnie. Stanęłam, spokojnie rozglądnęłam się i zobaczyłam po drugiej stronie drogi całkiem nie małe stadko pasiaczków.  Powiedziałam dzikiej mamuni żeby się mnie nie bała i zawołała swoje dzieci. Ona to zrobiła. Dzieciaki przebiegły koło mnie, ja pochwaliłam dziką mamę i pożegnałam się z nią czułymi słowami. No jak nie kochać zwierząt.                                             Kiedyś, wracam wieczorem do DPSu, aż tu nagle przebiega koło mnie młody dzik samotnik. Zachwyciłam się nim był taki zgrabny, jak nie dzik i powiedziałam to jemu –  ale jesteś piękny. Zawrócił i idzie w moim kierunku. Zrobiło mi się trochę nie swojo i mówię do niego –  jesteś naprawdę piękny ale stanowczo za blisko mnie. Stanął i przygląda mi się. No idź już idź. I przystojniak poszedł.