Sąsiedzi – 2

W bloku w którym mieszkałam, były 23 mieszkania także  przekrój charakterów i podejścia do życia nas tam mieszkających, był do wyboru do koloru.  Różne zawody, różne zainteresowania, ale wszyscy jako sąsiedzi byli dla siebie życzliwi, chociaż przez wiele lat nawet nie znaliśmy się, wiadomo młodość jest zapracowana i zaganiana.  Tak siedząc   i rozmyślając, przyglądałam się trzeciemu pokoleniu bawiącemu się w tym coraz piękniejszym parku. Po paru minutach dosiadła się do mnie Zosia – trzecia żona Janusza   – wdowa po nim.                                                                                                         Janusz był z wykształcenia prawnikiem, pracował na dyrektorskich stołkach ale najbardziej  pociągała go scena, mikrofon  i kamery. Wiele lat występowaliśmy razem. Janusz prowadził imprezy artystyczne, śpiewał i występował   w filmach. Świat reżyserów i producentów filmowych gościł u niego w domu często ale  na ogół jak on był gdzieś w świecie.  Ja zawsze miałam klucze od jego mieszkania także ten wielki świat zawsze musiał najpierw zapukać do mnie. Byłam taką recepcją, wydawałam i odbierałam klucze. Częściej widywałam jego gości i różnej maści kobiety niż jego samego. Nigdy nie interesowałam się co się dzieje w jego mieszkaniu a w nim zawsze wszystko było w porządku. Wysłuchiwałam zachwyty kobiet Janusza ale i użalania się.  Znałam wszystkie żony i kochanki; byłam też wiecznym żyrantem na hektary i posiadłości wiejskie.  Swoim starym zwyczajem zalecał się i do mnie ale jak zorientował się , że jestem jego sąsiadką amory ustały. Kiedyś po występach, Janusz proponuje, że mnie odprowadzi do domu. Ja wiedziałam, że jest moim sąsiadem tak więc myślałam, że dworuje sobie,  on  o tym nie wiedział, (był wtórnym lokatorem i mieszkał z nami dopiero od kilku miesięcy). Tak więc idziemy razem do domu. Janusz pyta – dokąd idziemy? ja  mu na to –  gdzie oczy poniosą. Ciągle myślę, że żartuje.  W  pewnym momencie Janusz  robi bardzo zdziwioną minę, w tej minie jest i zachwyt i przerażenie,  ja bez pardonu idę  prosto do jego domu. Patrząc na jego minę zrozumiałam, że on nie wie iż jesteśmy sąsiadami. Z  trudem powstrzymywałam  wybuch śmiechu. Puszcza mnie przodem przy wejściu do budynku a ja bez żenady wchodzę. Tego to on się nie spodziewał , miał do czynienia z setkami kobiet ale z taką nigdy.  Winda jeszcze u nas nie była czynna ( windy nie mieliśmy przez pierwszych 16 lat ) idziemy więc schodami, ja mieszkam na 4 piętrze a Janusz na 5. Januszek ćwierka szczęśliwy, że tak bez żadnych zabiegów dziewczyna idzie do niego; aż tu stop, mina zrzedła, żegnamy się na czwartym piętrze. Długo wspominaliśmy jego  pierwsze zaloty, po których zostaliśmy przyjaciółmi. Oczywiście żadna z żon ani kochanek o jego licznych podrywach nic nie wiedziała i o tym zdarzeniu również, opowiedziałam je  jego mamie.             Jak rodzice Janusza rozchorowali się to on tych  swoich staruszków ściągnął do siebie. Jego mama codziennie przychodziła do mnie na pogaduszki i nie mogła się nadziwić, że Janusz nie zawrócił mi w głowie, tak więc opowiedziałam wszystko co o nim wiedziałam, a jego mama na to – taki sam jak jego ojciec. Zosia, jego  trzecia żona, nawet nie wie, że poradziłam mu znalezienie porządnej kobiety bo nie poradzi sobie sam z ciężarem życia, zaczęło nawalać mu serce. Zosia była jego żoną zaledwie prze 6 lat, w tym czasie pochowała ojca i matkę i samego Janusza.  Zamiast radości życia były choroby i pogrzeb za pogrzebem, a po pogrzebach sądzenie się o części majątku pomiędzy trzema żonami  ich dziećmi i siostrą Janusza. Nie zazdroszczę.

Sąsiedzi z ul. Radiowej

Ul. Radiowa jest blisko naszego DPSu tak więc korzystając z pięknej pogody zaczęłam ją odwiedzać. Ta moja ulica rozciąga się przez pięknie ubarwiony jesiennymi kolorami park i pewnie te kolory i ta ukochana  pora roku nastroiły mnie melancholijnie. Zaczęłam wspominać. Kiedyś  spacerując lubiłam  ” zaglądać” ludziom w okna i dopowiadać swoją wyobraźnią historię rodziny z za tego okna,  ( to było takie zaglądanie z daleka ).. Nie wiedziałam w czyje okna  „zaglądam” wszystko opowiadała mi moja wyobraźnia.  Dzisiaj chodząc po parku zerkałam z daleka w okna  dobrze mi znane i przypominałam osoby kiedyś żyjące w mieszkaniach za tymi oknami.

Na najwyższym piętrze mieszkał pan Ryszard z rodziną. Jego  żona, prowadziła względem niego, dziwną politykę rodzinną,  Ona była brzydulką, on bardzo przystojny a miłość i zgoda w rodzinie była piękna.  Ona zajmowała się domem i dziećmi a on pracował na utrzymanie rodziny. Kiedyś będąc u niej , było to z pół wieku temu, zagadałyśmy się,  nagle pani Kasia   spojrzała na zegarek, szybko wskoczyła do łóżka i zaczęła udawać obłożnie chorą. Zgłupiałam, nie wiedziałam o co chodzi do momentu aż otworzyły się drzwi i do domu wrócił z pracy pan Ryszard. Później Kasia wytłumaczyła mi, że jej mąż jest zbyt przystojny żeby pozwalać mu  na jakieś swoje fanaberie; a zatem natychmiast po powrocie z pracy musiał zajmować się dziećmi, domem i „chorą” żoną i wszystkie głupotki ulatniały się pod presją obowiązków domowych. Dzisiaj pani Kasia już nie żyje, ich syn ma swoją rodzinę i mieszka w tym samym mieście ale daleko od rodzinnego domu. Jak był mały zawsze na pytanie kim będzie jak dorośnie odpowiadał, że złodziejem i bandytą; a później przypatrywał się minom pytających. Jak przychodził do nas  w celach zabawowych  – był rówieśnikiem mojej młodszej córki, natychmiast wchodził na szafę i z niej kierował zabawą.          Córka Kasi  i Ryśka, mieszka ze swoją rodziną w Holandii; zabrała tam też swojego tatę, bo pan Ryszard niestety zachorował na alcchaimera. Mieszkanie stoi puste i czeka na ewentualny powrót córki z rodziną.                                                                                                    Dwa piętra niżej  mieszkała  pani Jola z mężem i pięciorgiem dzieci. Mąż Joli, wiecznie pijany ale rodzina kochająca się i pomagająca sobie na wzajem, to znaczy dzieci z matką wspierające  się na wzajem, z ojcem było różnie. Kiedyś Jola wraca z pracy i  widzi, wcześniej niż zwykle ,męża w domu, leżącego na kanapie. Była pewna, że jest pijany i chodząc po mieszkaniu zaczyna na niego złorzeczyć, a on cichy jak myszka. Po dłuższym gderaniu podchodzi do męża a on nie żyje. Jola została sama z dziećmi. Najstarszy syn, wielka podpora matki, niestety zakochał się w rozwódce znacznie starszej od siebie i wyprowadził się z domu. Zostały trzy córki i  pięcioletni syn. Jola przez całe życie ledwie wiązała koniec z końcem także jak córki wydała za mąż postanowiła skończyć z biedą. Wyszła za mąż za sąsiada, wdowca, wieloletniego komendanta policji, brzydkiego jak nieszczęście ale z piękną emeryturą. Wprowadził się do niej  a wraz z nim  jego metody wychowawcze względem najmłodszego syna Joli. Skutek był taki, że Wojtuś – syn Joli, jak na ironię,  był całe swoje życie bandziorem działającym w gangu złodziei i   częściej był w więzieniu niż w domu. ( A ja go mimo wszystko lubiłam; lubiłam  wszystkie dzieciaki z ulicy Radiowej ).

CDN.

Plama za plamą

Pan doktor psychiatra  oczywiście nie przeprosił; nie wie, że zadziałał na swoją szkodę. Ja w przeciwieństwie do takich jak pan doktor, jestem osobą honorową i jak dostałabym na piśmie przeprosiny,  sprawę doktora odłożyłabym at akta, nie byłoby sprawy, a tak zrobię wszystko żeby niesławę pana doktora rozgłosić na całą Polskę.  Już złożyłam pismo, oskarżające pana doktora, do Kancelarii Pani Poseł za pośrednictwem której wysłane będzie do Ministerstwa Zdrowia. W Kancelarii owej poproszono mnie żebym jeszcze chwilę się wstrzymała  z jego wysłaniem dając możliwość ewentualnego wypowiedzenia się przez Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej, przecież  7 IX poinformowano mnie, że sprawę będą rozpatrywać;  niestety żadnej informacji na ten temat, jak dotąd,  nie mam. Tak więc jeszcze chwilę poczekamy. No i  jest to  okres przedwyborczy, wszyscy politycy myślą tylko o tym, poczekam niech się ukonstytuują.

Po za tym – nie mogę napisać, że wszyscy zdrowi bo tak nie jest.  Pani Maria, ta którą zajęły się sąsiadki. przeżyła następny wstrząs, no niby sympatyczny, a jednak… Otóż, decydentki zechciały poudawać, że są troskliwe wobec swoich podopiecznych, niestety wprawy w tym względzie brak i dały plamę. Bez jej wiedzy zadzwoniły do wnuka  zalecając przyjazd do babci. Wnuk sądził, że jak przyjedzie to będzie miał okazję porozmawiania z dyrekcją Domu. Przyjechał z drugiego końca Polski i niestety nie miał możliwości rozmowy z żadną z decydentek – nie było ani jednej. Pani Maria nie spodziewała się wizyty wnuka była zszokowana.

Następna plama decydentek.                                                                Witek, wiedząc, że mamy magazyn z odzieżą poprosił o kurtkę zimową. Jest w grupie osób którym przysługuje taka pomoc. Jakież było jego zdziwienie jak w ramach odpowiedzi otrzymał pismo informujące, że sprawą zajmie się Opieka Społeczna, która dysponuje odzieżą używaną.  Ludzie, hołota dyrektorska była ubierana od stóp do głów samymi nowiutkimi ciuszkami: kurtki, płaszcze, sukienki, obuwie, a nawet telewizory plazmowe, a tu taki afront – odzież z Opieki. Wiadomym było, że tym pismem zdenerwują Witka i chyba o to chodziło, żeby udowodnić, że jest nerwowo chory.  Owszem zreflektowały się po spotkaniu z nim, że ten numer nie przejdzie i zaproponowały wspólny  wyjazd do miasta  , po zakup kurtki.    Obrzydliwe babska.

Wracam do komentarzy pisanych pod moim adresem, których niestety nawet nie czytam. Zasypujecie mnie komentarzami w różnych językach, nawet nie wiedziałabym jakiego tłumacza kliknąć. Nie korzystam z tłumacza, nie umiem, a i wnukowi już nie chcę zawracać głowy. Kiedyś przychodził jeden czy dwa komentarze w obcych językach a teraz po kilka na dzień, nie mogę tak absorbować swojego wnuka. Wychodzę z założenia, że skoro czytacie po polsku to i napisać możecie do mnie w języku polskim. Jestem  PRABABCIĄ nie utrudniajcie mi życia. Nie wiem co piszecie ale piszecie i za to Was kocham wszystkich.

Cwaniaczek

Mam  nowego czytelnika który sądzi, że mnie przechytrzy. Cwaniaczek jeden. Prababcia Danusia jeszcze myśli.  Ów cwaniaczek kadzi mi, przytakuje i popiera tylko po to żebym kliknęła do niego.  Swoje kadzenie kończy – jeśli chcesz wiedzieć więcej to kliknij. Żebym ja użyła takiego sformułowania to byłoby zrozumiałe; coś w swoim pamiętniku mam tylko dla wtajemniczonych, natomiast jeśli czytelnik  używa takiego zwrotu to ja węszę podstęp.  Kliknę a wirus którego wprowadzę przez to kliknięcie zniszczy mój pamiętnik.  Chyba wiadomym jest komu by się to bardzo podobało. Ale swoją drogą zawsze lubiłam rozszyfrowywanie cwaniaczków. Cwaniaczek podpisał się jako Joker a treść swojego komentarza napisał w języku angielskim.  Ja nie znam angielskiego  ale mam wnuki  a  i tak odpowiem wyłącznie w tej formie, czyli po polsku na łamach mojego pamiętnika. Jeszcze raz przypomnę, że to jest wykupiona strona także ja wiem kto do mnie pisze, mam numer komputera i miejscowość gdzie ten komputer jest zarejestrowany. Anglia Jopka jest w naszym mieście. Swego czasu konsekwentnie ubliżała mi jedna z naszych pielęgniarek podpisując się trzema imionami, że niby trzy osoby mają o mnie takie brzydkie zdanie i  każda z tych osób korzystała z tego samego komputera. Brzydkie zdanie o mnie ma znacznie więcej osób.

A co  po za tym? A no  już po raz  enty  dobiera się do mnie grypa; następują takie jednodniowe tąpnięcia. Ja szybciutko leki i pod kołdrę i jest dobrze. Niestety teraz  dopadła i trzyma już 4dni.

Po rocznej przerwie moja sąsiadka z góry znów mnie zalewa.  Kierownictwo Domu obiecuje, że zlikwiduje u niej wannę spod której leci woda przez sufit do mnie, ale jak znam życie to zanim zabierze się do likwidacji wanny to trzeba będzie kleić mój sufit.  Kierownik administracyjny trzy  miesiące temu anonsował zajęcie się wykładziną w moim przedpokoju pod którą jest grzyb. Słyszałam już kilka razy – w tym tygodniu na pewno zajmiemy się tym – i co? i nic, grzyb wchodzi już do pokoju.

Na tablicy ogłoszeń, w głównym hallu, przez kilka miesięcy wisiały ogłoszenia  z których i mieszkańcy i pracownicy śmiali się w głos – wyjazd do Meksyku i do Ziemi Świętej. Każdy wyjazd to tysiące złotych.  Czy osoba dająca to ogłoszenie ma olej w głowie?

Siostra przełożona wyraźnie boi się, że wreszcie odpowie za bezkarne działania swoje i  swoich podwładnych. Ostatnie wydarzenia z udarem pani Marii w tle to niezbity dowód szkodzenia  swoim podopiecznym z premedytacją. Siostrzyczko,  mamy kilkoro świadków na wasze perfidne działania. Np Gienia, która w ciągu jednej nocy przestała mówić i zdjęto z jej palców złote pierścionki. Gienia nie powie już nic ale jej opiekunka tak.        A pamięta pani Justyna, który po udarze leżał w łazience dwa dni? On nie powie nic ponieważ nie żyje ale jego siostra żyje i to ona była z nami w tej sprawie u Prezydenta w dniu 8 X 2013r. i teraz pójdzie gdzie trzeba. A pani zachowanie względem mnie, po moim udarze, świadczy  dobitnie, że przykład idzie z góry.  Podawanie leków chorym ludziom według swojego widzi mi się,  powodując zaburzenia w organizmie, to nie przestępstwo? Już nie zatrzyma pani lawiny gniewu , miarka się przebrała.                                                                                                                                        Jeśli pan doktor psychiatra nie przeprosi mnie na piśmie do dnia 10 X br to pisząc do Ministerstwa dołączę i te informacje.

Rewizja w pokoju pani Krysi.

To właśnie pani Krysia zajęła się  zawiezieniem pani Marii do szpitala. No więc pielęgniarki musiały pokazać gdzie jest jej miejsce w szeregu. Wpadły do  pokoju i zrobiły rewizję. Wiedziały, że pani Krysia lubi sobie czasem wypić lampkę czy dwie winka a zatem właśnie tego winka szukały wiedząc, że znajdą. Znalazły nie tkniętą butelkę wina i zarekwirowały ją. Rewizję zrobiły tylko u niej bo jakby zrobiły nalot po wszystkich pokojach to trzeba było by znaleźć specjalne pomieszczenie żeby wszystkie butelki składować.  Przecież do nas przychodzą goście których z przyjemnością częstujemy dobrym trunkiem.                                         W naszym Domu mieszka 150 pensjonariuszy  z tego przynajmniej połowa od czasu do czasu wypija lampkę albo kieliszeczek i to żaden problem, no chyba, że dotyczy  konkretnych osób.        Teraz nie widać ani nie słychać pijących, chociaż są  wśród nas. Jeszcze nie tak dawno  największe balangi alkoholowe były u pani NIKT.  No ale któż by śmiał ingerować? W jej pokoju zbierały się same szychy, to co że alkoholiczki, Cztery  z nich już nie żyją, została po za panią NIKT już tylko jedna ale ona chyba zapomniała co lubi najbardziej. Ona już nie wiele pamięta a dyrekcja mimo to wykorzystała ją żeby dołożyć jedno świństwo więcej Witkowi. Dyrekcja takich lubi najbardziej – nie wie co ale podpisze.  Mam ochotę przypomnieć tej, że pani,  jak wyklejała do mnie anonimy i obiecywała z koleżankami menelkami taniec na moim grobie. Chyba zatańczy na nim już tylko pani NIKT. O dziwo, pan NIKT do niej nie dołączy, nabrał wyraźnego dystansu do wszystkiego do czego namawiała go pani NIKT. Poczuł się wykorzystywany. Przede wszystkim zrobił się grzeczniejszy i to zauważają wszyscy. Brawo!

Wczoraj przeglądając internet znalazłam DPS nazwany tak samo jak nasz tylko z innego miasta ale jak poczytałam co tam się dzieje to wypisz wymaluj nasz Dom.  Reklama w ochach i achach, początek pobytu cacy, a później w łeb i sieć cicho w swojej kolejce do wykańczalni. Każdego czeka to samo, no chyba że będziesz taki jak reklama naszego Domu – cała w ochach i achach.  Dyrektorzy DPSów przechodzą chyba  jakieś specjalne szkolenia jak gnębić  swoich podopiecznych i jak dobrać sobie personel który wszystko pojmie w lot i będzie wzorem do robienia świństw komu trzeba. Wówczas dyrektor tylko chodzi i się uśmiecha a czarną robotę wykonuje kilka wybranych do tego celu osób. U nas kiedyś dużo osób służyło temu celowi, tą brudną robotą  zajmowali się też mieszkańcy, teraz chętnych do  bycia śmieciem brak, ( no po za trzema osobami oprócz decydentek).  Chyba, że pani NIKT.                                                                               Mieszkańcy naszego Domu zauważyli znacznie wcześniej ode mnie fałsz w uśmiechach decydentek, ( dla mnie to jest straszne słowo ). Ja niestety nie znam się na ludziach, muszę dobrze dostać po głowie zanim zobaczę z kim mam do czynienia.

Następny proszę

  • Odpowiedź z Izby Lekarskiej dostałam natychmiast – datowanie mojego pisma do Nich i Ich do mnie było w obu wypadkach 7 IX 2018r. Naczelna Rzecznik Izby Lekarskiej poinformowała mnie, że sprawa będzie rozpatrzona a o jej wynikach zostanę poinformowana. A zatem czekam cierpliwie do 10 X br.
  • To co dzieje się teraz w naszym Domu jest przerażające. Zauważyła to nawet osoba – lizus.  W zawrotnym tempie ludzie tracą mowę czy wzrok , albo stają się otępiali  i nikogo to nie dziwi. Pracownicy siedzą cicho bo chcą pracować a dyrekcja, na swoim fałszywym uśmiechu mówi – następny proszę.          Okazuje się, że to norma nie robić nic w razie udaru. Ja  zrobiłam  wielkie larum, że mnie zostawiono bez pomocy a nawet z premedytacją pogorszono mój stan zdrowia, kochani u nas to normalka.  Powiedzą tylko – następny proszę.                                     Nie dalej jak   w piątek 14 września, jedna z mieszkanek budzi się i stwierdza, że kompletnie nic nie widzi. Co na to nasza służba zdrowia – przecież pani Maria i tak prawie nie widziała. ” Pani Danusiu, przecież pani wie ile ona ma lat”. Pani Maria ciągle skarżyła się, że leki podawano jej nie regularnie robiąc przez to bałagan w  jej  organizmie. Aż w końcu nastąpił krach. Ale przecież to nie chodzi o zdrowie dyrekcji Domu to czym się przejmować. Powiedzą tylko – następny proszę.  Sąsiadki z korytarza pani Marii nie ustąpiły,  same zaczęły działać bo dyżurne pielęgniarki nie wiedziały co mają zrobić,  ” nie znały ” nawet numeru do pogotowia.  Sąsiadki wzięły telefon pani Marii, znalazły numer   telefonu do okulisty, przedstawiły sprawę, pani doktor powiedziała, że należy natychmiast wezwać pogotowie bo to może być udar.   Kobiety z nerwów   nie wiedziały jaki numer ma pogotowie; pielęgniarki stwierdziły, że też nie wiedzą. Zadzwoniły więc kobiety  do kogoś kogo pani Maria miała w telefonie, nie wiedziały, że to pani mieszkająca znacznie po za miastem i to  osoba  zupełnie obca dla pani Marii  a mimo to  przyjechała  swoim samochodem i zawiozła  panią Marię do szpitala.  Już minął  tydzień jak pani Maria leży w szpitalu na neurologii po udarowej.  Służbę zdrowia z naszego Domu                     ” Opieki” nie interesuje to.  Kiedyś nie wytrzymam i jak zobaczę  którąś  w kościele to  kopnę w du…  aż uklęknie, bo tylko na to zasługują. O co one w tym kościele modlą się, chyba żeby nie spotkać na swojej drodze takich jak są one same.
  • Do biura poselskiego zaniosłam listę dziesięciu osób które zostały pokrzywdzone przez dyrekcję naszego Domu. Mam nadzieję, że ktoś tym się zajmie. To nie możliwe żeby wszyscy byli ogarnięci znieczulicą.

Do Izby Lekarskiej

Oto treść pisma które dostarczyłam do Kancelarii Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy.                                                      Skarga na lekarza psychiatrę za fałszywy i bardzo krzywdzący mnie opis rzekomego mojego stanu zdrowia. Ponieważ pisząc pamiętnik internetowy opisuję dokładnie co dzieje się w dps przez co systematycznie narażam się dyrekcji Domu, owa dyrekcja w osobach : pani dyrektor, siostry przełożonej i kier. socjalnej ( zawsze występują w trójkę) zwróciła się z prośbą o pomoc  do pana doktora żeby swoją diagnozą  mógł podważyć wszystko co napisałam. Pan doktor jako pracownik naszego Domu skwapliwie z tego skorzystał  i po pięciu latach nie widzenia mnie nawet przelotnie przyszedł do mnie z gotową diagnozą: urojenia prześladowcze, wskazane leczenie w szpitalu psychiatrycznym nawet wbrew woli pacjentki.     Słowa które pan doktor napisał w diagnozie jako moje były wypowiadane wyłącznie prze pana doktora. Mówił  o treści mojego pamiętnika  nie biorąc pod uwagę faktu, że to dotyczy okresu 9 lat nie dwóch minut pobytu pana doktora u mnie. Cytat z diagnozy: ” próbowali mnie truć już gazem”. Ja o tym pisałam w roku 2012 i tę informację podałam Prezydentowi w formie jeszcze wówczas, pamiętnika.  Pan doktor coś usłyszał i podchwycił jako niezbity dowód manii prześladowczej.  Tak więc wyjaśniam bardzo dokładnie: Po nocy z 25 na 26 października 2012 r. obudziłam się jako osoba nie mówiąca, nie pisząca i nie umiejąca czytać. Była godzina 6 rano jak poszłam z tym do pielęgniarek, niestety zlekceważyły mnie. Poczekałam na siostrę przełożoną, ta z kolei kazała podać mi kieliszek neospazminy i zaprowadzić do łóżka.  Dziś wiem, że był to bandytyzm, wówczas zasnęłam na dwa dni. Po przebudzeniu kilka dni nie wiedziałam o co chodzi, a później jeszcze przez dwa tygodnie przestawiałam słowa nawet o tym nie wiedząc, na to zwróciły uwagę terapeutki. Wiedziałam dobrze, że miałam typowo udarowe objawy. Nie wiedziałam wówczas, że w moim mózgu ślad zostaje na zawsze, a w sercu i w pamięci na zawsze zostaje zachowanie się służby zdrowia naszego Domu ” Opieki „. One dobrze wiedziały co mi jest a zatem zaczęłam przypuszczać, że ten udar był wywołany przez nich. Takich jak ja tępi się w każdym Domu ” Opieki”. Dopiero w tym roku, niespełna miesiąc temu,  w diagnozie neurologa znalazłam określenie, że moje problemy są następstwem zawału mózgu. Ponieważ przychodząc do DPS 9 lutego 2009 r. nigdy nie miałam stwierdzonego udaru, a przez okres 10 lat ( 1999 – 2008 )  byłam przynajmniej raz w miesiącu pod aparaturą na SORZe a w grudniu 2008r. byłam dokładnie badana przez mojego lekarza pierwszego kontaktu i na prywatnej wizycie u kardiologa. W chwili przyjęcia mnie do DPS byłam również dokładnie badana  i nikt nie stwierdził udaru, a zatem udaru dostałam będąc w DPS  właśnie w nocy z 25/ 26  X 2012r.                                                     Drugi poważny zarzut pana doktora to określenie – mafia.  Owszem użyłam tego słowa, ale pan doktor musiałby przeczytać co najmniej  połowę mojego pamiętnika  żeby zrozumieć dlaczego go użyłam. O tym co się dzieje w DPS  informowałam obie panie dyrektor Domu ” Opieki ” , panią dyrektor MOPSu , panią dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej  podczas spotkania u Prezydenta  w dniu 8 X 2013r. na którym było kilka osób, nikogo ten problem nie zainteresował. Pan Prezydent zwolnił z pracy byłą panią dyrektor ale problemu nie rozwiązał.  – To jak mam nazwać ten zespół ludzi nie czułych na problemy swoich podopiecznych ? Czy pan doktor ze swoją diagnozą  nie dołączył do tego zacnego grona?                                                                              Domagam się przeprosin na piśmie  za szkalowanie mnie  przez pana doktora  w formie diagnozy. W przeciwnym razie  napiszę skargę do Ministerstwa Zdrowia. Na przeprosiny czekam do        10 października br.

Do pisma dołączam diagnozę psychiatry i diagnozę neurologa.     Do wiadomości:                                                                                                            1. Pan Prezydent                                                                                                    2 Pani Poseł                                                                                                                3 Pani dyrektor dps

Powrót do aktualności

Wyciszyłam tematy z naszego Domu ” Opieki ” ponieważ chciałam doprowadzić do końca sprawę z diagnozą od psychiatry, chciałam powiadomić kogo trzeba żeby w razie czego było wiadomo gdzie są winni i pozbierać świadków na ewentualny proces. Ponieważ wszystko załatwiłam to mogę już śmiało wrócić do tematu. Długo szukałam opisu diagnozy, pan doktor  ukrył ją  tak  żebym raczej  zrezygnowała z jej szukania .     Wizyta pana doktora u mnie  miała miejsce w marcu; zaraz na drugi dzień napisałam prośbę o podanie numeru statystycznego choroby i zaczęła się od tej chwili pisanina od Kajfasza do Annasza, a odpowiedź dostałam dopiero w lipcu. Diagnoza była schowana w archiwum szpitala w którym pan doktor był ordynatorem oddziału psychiatrycznego.  Widać czaił się tam na mnie z gotową diagnozą.  Ale by sobie pofolgował jakby miał mnie pod swoją wątpliwą opieką. Właśnie do tego dążył żeby jego diagnoza pokryła się z moim stanem zdrowia. Pani dyrektor szpitala, o którym mowa, udostępniła mi dokument dopiero jak pan doktor przestał być jej pracownikiem, miał umowę do końca czerwca. Jakbym – nie daj Boże, kiedyś trafiła na oddział tego szpitala to już traktowano by mnie zgodnie z diagnozą szanownego doktorka. A oto diagnoza : z wywiadu obiektywnego i dokumentacji –  pensjonariuszka dps od kilku lat demonstruje objawy o charakterze psychotycznym – oskarża dyrekcję, personel i innych mieszkańców o prześladowanie, trucie  ( ” wpuszczanie gazu do pokoju”), nieprzychylne jej osoby są w    ” mafii”     zmówione oby ją wykończyć; prowadzi bloga w którym atakuje personel placówki i innych mieszkańców używając absurdalnych argumentów  ( ” próbowali mnie truć gazem”).  Zakłuca  prawidłowe funkcjonowanie placówki.                  ” Miałam pana za porządnego człowieka ale okazało się, że i pana przeciągnęli na swoją stronę… nie dam się wykończyć! Proszę wyjść ! Nie będzie mnie pan straszyć szpitalem psychiatrycznym! Niech sam pan sobie weźmie jakieś leki, ja nie potrzebuję”.    Stan psychiczny: świadomość jasna; kontakt formalny; nastrój drażliwy; napięta afektywnie; w niepokoju manipulacyjnym orientacja zachowana; tok myślenia lepki, rozwlekły; wypowiada luźne wątki urojeń prześladowczych, ksobnych, trucia; nie ujawnia myśli i tendencji S oraz doznań omamowych; bezkrytyczna do wypowiadanych treści. Somatycznie wydolna.  Nie zgadza się na leczenie farmakologiczne. Poinformowana o możliwości leczenia bez zgody w trybie wnioskowym.            Poinformowano córkę o możliwościach leczenia  ( w tym bez zgody pacjentki).

Szanowny panie doktorze, mam bardzo brzydkie zdanie o panu i niestety nie ja jedna. Moja diagnoza na temat pana zdrowia psychicznego byłaby jeszcze gorsza od diagnozy pana o mnie.  Psuje pan opinię porządnym lekarzom. To przez takich jak pan ludzie boją się chodzić do psychiatry. Jednak wykluczając pana psychiatrzy są ludziom bardzo pomocni. Żałuję, że nie mogę wymienić pana z imienia i nazwiska ale w Izbie Lekarskiej jest już  ono znane, postarałam się o to.                                                                    Pan, jako lekarz specjalista może diagnozować  to  ja jako „pacjentka”  mogę pana oceniać, a więc daję panu mniej niż zero.

Szczyty głupot

Wszystko co robiłam mając 16 czy 17 lat, było tak bezgranicznie głupie, że chyba istotnie tylko mój brat znalazł na mnie odpowiednią  metodę.  Ale przed ślubem mnie nie uchronił. Po czterech miesiącach znajomości oznajmiłam wszem i wobec, że wychodzę za mąż. Okazało się, że nie tylko ja słynęłam wówczas z głupoty. Pierwsze wejście mojego przyszłego do naszego domu, było również  tego  dowodem.  Wyobraźcie sobie przychodzi chłopak po raz pierwszy do domu dziewczyny, jej brat pyta – a ty co za jeden? A on na to –  jestem przyszłym mężem Danuśki. Ten mój przyszły był ode mnie ponad cztery lata starszy, a mimo to…  Zakochany Janusz mimo, że był ode mnie starszy o sześć lat, również zaczął działać jakby nie miał rozumu. Postanowił wziąć ślub z kimkolwiek oby razem ze mną. Jego przyszła żona przyjechała do naszego miasta pod koniec sierpnia żeby od września zacząć pracę w przedszkolu. Do głowy jej nie przyszło, że za dwa miesiące będzie mężatką. Jola, bo tak miała na imię przyszła żona Janusza, była kompletnym  moim przeciwieństwem. To była blond błyskotka.                                            18 października 1958r. w Urzędzie Stanu Cywilnego tak powiedziały jednocześnie trzy pary: mój brat z Basią, ja z Jurkiem i Janusz z Jolą. Uczta weselna również odbywała się przy wspólnym stole, przygotowała ją, w naszym mieszkaniu, moja mama. Janusz twierdził, że miał poczucie jakby ten ślub brał ze mną. Ja nie miałam żadnego poczucia, wyszłam za mąż i już.     Świadkową na moim ślubie była Krystyna. Znów zbliżyłyśmy się do siebie. Przychodziła do mnie prawie codziennie. Oczywiście jak tylko przyszło lato Krystyna zniknęła, wiadomo jezioro, plaża. Na miejskiej plaży toczyło się życie towarzyskie przez całe lato. Ja tam nie chodziłam ale znajome koleżanki relacjonowały kto z kim i jak wyglądał i w jakim celu. Cel Krystyny był jeden – Wiesiek. On ciągle był z Hanką.  Wszyscy wiedzieli o tym, że Wiesiek wg Krystyny ma być jej mężem. Myślę, że Wiesiek też wiedział. Latem 1960r. dowiaduję się, że Krystyna już jest z Wieśkiem. Jak to się stało, tak raptem ? Kupiłam go sobie mówi mi Krystyna. Musiałam coś zrobić, on w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Jak to kupiłaś, opowiadaj. Otóż, Hanka jego dziewczyna popadła w jakieś tarapaty finansowe i to chodziło o dość poważną kwotę. Zamartwiała się, że nawet jak ktoś jej pożyczy to ona nie będzie miała z czego oddać. Krystyna rozesłała wici żeby Hanka przyszła do niej i jeśli zgodzi się na jej warunki to dostanie pożyczkę bezzwrotną. Krystyna daje pieniądze a Hanka od tej pory nie ma prawa nawet spojrzeć na Wieśka. Jedno spojrzenie i obowiązkowy zwrot pożyczki natychmiast.  Hanka się zgodziła. Do Wieśka dotarła informacja, że Hanka go sprzedała, nie że Krystyna go kupiła tylko, że Hanka go sprzedała.  W każdym razie żyli długo i szczęśliwie. Przeżyli ze sobą 45 lat, do śmierci Wieśka. Byli wspaniałym, tolerancyjnym małżeństwem. Wiesiek nie mógł mieć dzieci, dla Krystyny nie stanowiło to żadnego problemu; wzięli dwoje dzieci z domu dziecka i byli bardzo szczęśliwi.

A ja przędłam to swoje życie jak Arachne –

I choć przędłam dużo i pięknie                                                                               Na nic się wszystko zdało                                                                             Mówiłam –  sama wszystko zrobię                                                                            A wszystkiego było mało i mało.                                                                                I dalej przędę pajęczą nić,                                                                                        Na której czasem kropla deszczu zawiśnie,                                                Czasem promyk słońca zabłyśnie                                                                            W tej pajęczynie która nie daje mi żyć.                                                       Oplątałam się tą siecią,                                                                                   Owszem pięknie wydzierganą                                                                                Ale ani z niej wyjść, ani w niej żyć                                                                         Bo jak żyć cała własną siecią oplątana.

Imieniny Antonich

13 czerwca co roku w domu państwa Ż były wielkie bale, przecież to imieniny Antoniego a w tym domu było ich trochę. Ich nowe mieszkanie było ogromne – cztery wielkie salony połączone rozsuwanymi drzwiami mieściły naprawdę dużo gości. Na tych słynnych imieninach poznało się bardzo wiele par. Co najdziwniejsze to mimo iż rodzice to Antonina i Antoni na przyjęciach imieninowych była sama młodzież. To byli rodzice żyjący radością swoich dzieci. 13 czerwca 1958r. bal był dedykowany dla mnie i mojemu przyszłemu mężowi.  Antoś, który już od roku pracował zaprosił na ten bal swoich kolegów z  którymi chodził razem do Technikum Kolejowego a teraz wszyscy razem pracowali w parowozowni. Byli maszynistami parowozów. Byli to bardzo fajni chłopcy, każdy z nich poza pracą miał jakieś hobby np. Antoś  – piłka nożna i brydż a mój przyszły mąż brydż i taniec.  Antoś oczywiście odpowiednio wcześniej pokazał zdjęcia kilku koleżanek swoich sióstr kolegom, żeby wiedzieć kogo zaprosić. Chętnych do poznania mnie było dużo ale Antoś zastrzegł, że ja chcę wyjść za mąż a nie prowadzić się za rączkę. Jeden z nich krzyknął, że bierze mnie za żonę  w ciemno. W dniu imienin mama Ż pyta – czy oby Danuśka na pewno wie, że na tym balu musi być, zaprosiłeś dla niej tylu chłopców a jak ona nie przyjdzie, ty lepiej pojedź po nią. Mieszkaliśmy teraz po przeciwnej stronie miasta, w miasteczku akademickim i wszyscy pracowaliśmy na uczelni. Mama była portierką, brat pracował w drukarni uczelnianej jako zecer a i ja po rzuceniu szkoły  również pracowałam w drukarni. Przecież mój brat musiał mnie ciągle mieć na oku. Ponieważ brat  zaczął się uganiać za swoją przyszłą żoną to w obawie, że mnie nie upilnuje znalazł dla mnie pretendenta na męża.  Janusz był kierownikiem drukarni a więc był i moim i mojego brata szefem, a ponieważ był naprawdę i przystojnym i bardzo wartościowym człowiekiem to został również pupilkiem mojej mamy.  Musiałam jak najszybciej wyjść za mąż za kogokolwiek żeby uwolnić się i od niego i od brata.  Przez Janusza czułam się osaczona i w pracy i w domu i wszędzie poza domem prześladowały mnie jego wielkie czarne, maślane od zakochania oczy. Szykowałam się na imieninowy bal dedykowany dla mnie, bardzo starannie żeby na pewno oczarować na nim swojego przyszłego męża, żeby go mieć jak najszybciej. To miasteczko akademickie  w którym mieszkaliśmy  leżało pod lasem nad jeziorem a za lasem mieszkała moja  krawcowa. Właśnie  wracałam od niej z piękną szafirową,  nowiutką sukieneczką jak usłyszałam w lesie warkot motoru – to Antoś zgodnie z poleceniem swojej mamy jechał po mnie. W domu poczekał aż doprowadzę się do efektu końcowego i pojechaliśmy na bal.. Ledwie zdążyłam wyjść z domu przed przyjściem brata. Nie wiem jak by się to skończyło gdybym nie zdążyła.

Dzisiaj wiem, że lepiej dla mnie byłoby gdybym nie zdążyła, ale trudno sama tak zdecydowałam; zawsze wpadam z deszczu pod rynnę.