Wiesiek – przyszły mąż Krystyny.

Jeszcze jak chodziłyśmy do siódmej klasy Krystyna kiedyś pokazała mi chłopaka – Wieśka,  naszego rówieśnika i powiedziała bardzo stanowczym głosem – on będzie moim mężem. Wiesiek był  najpiękniejszy ze wszystkich chłopaków jakich kiedykolwiek widziałam, to fakt. Pasowaliby do siebie z Krystyną bardzo, ale on nie zwracał na nią uwagi. Krystyna, on przecież chodzi z Hanką, naszą koleżanką z klasy – mówię. A Krystyna na to – no przecież ja nie będę wychodziła za mąż teraz, najwyżej za jakieś 5 lat, do tej pory zwróci na mnie uwagę. A poza tym niech się uczy życia, ja zresztą też. Trochę dziwiłam się Wieśkowi, że jej nie dostrzega. Jako para byliby jeszcze piękniejsi. Oboje wysocy, on blondyn z lekko kręconymi włosami , ona brunetka z warkoczem dyndającym na plecach o grubości dwóch pięści.  Ten warkocz obciążał jej głowę przez całe życie. Czasem udało jej się upiąć go w jakiś kok, ale to dopiero na stare lata, jak już włosów było mniej. Ponieważ po skończonej podstawówce ja chodziłam do liceum  z Wieśkiem i Hanką, to Krystyna pytała mnie czasem – jak tam mój przyszły  mąż?  Cały czas chodzi z Hanką – odpowiadałam. Ale uparty z tym chodzeniem, nie zdążę go nawet poznać przed ślubem – mówiła Krystyna. Spotykałyśmy się coraz rzadziej. Krystyna była o rok starsza ode mnie to i spojrzenie na wiele spraw miała już  inne. Kiedyś wreszcie spotkałyśmy się na dłużej, Krystyna była trochę inna, smutniejsza niż zwykle.  Zobaczyłam u niej na nadgarstku tatuaż, taki maleńki, który dał się przykryć paskiem od zegarka. To była kotwica i serce przebite strzałą. Co to jest, pamiątka po czymś czy jak – dopytywałam się. Nie pytaj bo ci i tak nic nie powiem- odpowiedziała. No fakt oddaliłyśmy się od siebie, już nie wszystko można było mi powiedzieć.  Co u ciebie – pyta Krystyna.  Ja to chyba muszę wyjść za mąż – odpowiadam, Masz chłopaka, w ciąży jesteś – dopytuje się Krystyna. Nie mam chłopaka i nie jestem w ciąży, po prostu nie chcę być niewolnicą swojego brata, on mi wszystko karze i zabrania, a jak coś jest nie po jego myśli to mnie bije. Mam dość. Jak tatuś żył to miałam obrońce we wszystkim a teraz to on czuje się jak pan i władca.  Nic innego mi do głowy nie przychodzi  tylko małżeństwo.          Nie martw się Danuśka, znajdziemy ci chłopaka, w końcu mam braci a oni kolegów, a ty masz takie cycki, że raz dwa będziesz miała chłopaka. Ale ja nie chcę chłopaka tylko męża. Nie mam zamiaru z nim chodzić tylko chcę wyjść za mąż. Dobrze będzie jak chcesz.

Antek i Krystyna Ż

O Tońce i Ludku nie będę pisała, byli od nas dużo młodsi  i  z nimi nie wiele miałam wspólnego,  natomiast  z Krystyną i Antkiem moje życie przeplatało się cały czas. Tak, że i teraz będzie przeplatanka.

Czas leciał, może wolniej niż teraz ale z perspektywy  to jak szalony. Krystyna już pracowała w Dziecięcym Domu Towarowym na dziale zabawek; ja zaczęłam chodzić do liceum i do szkoły muzycznej. Byłyśmy ciągle przyjaciółkami ale już z większym luzem, rozdzielały nas zainteresowania.  Np. latem, Krystyny pasją była plaża, na której zachwycała wszystkich – piękna, długonoga i burzą lekko skręconych włosów sięgających do pasa, niebywale pięknymi   zielonymi  oczyma w kształcie migdałów  i słynną  błyskotką  w pępku.  Już w latach pięćdziesiątych chodzili za nią fotoreporterzy żeby jej zdjęciem ozdobić okładkę jakiegoś tygodnika. Nic sobie z tego nie robiła a jej poza mówiła – patrzcie i podziwiajcie. Nie lubiłam chodzenia na plażę. Jak już byłam to chowałam się gdzieś w wysokich trawach na końcu plaży. Krystyna zawsze mówiła – no i dobrze przynajmniej nie robisz mi konkurencji. Ja tobie konkurencji, tyś chyba na głowę upadła. Danka, mówiła Krystyna, czy ty jesteś ślepa czy tylko udajesz, przy tobie może być sto dziewczyn piękniejszych a każdy facet zwróci uwagę tylko na ciebie. Ty masz inne ruchy, gesty, ty inaczej mówisz, a jak zaśpiewasz to jest koniec świata, nie mówiąc już o twoich cyckach. To nazewnictwo – cycki – to ze słownika Krystyny. Ciągle mi mówiła, że jakby miała jeszcze takie cycki jak moje to by podbiła świat. A w naszej rodzinie to był kompleks wszystkich kobiet. To właśnie Krystyna wyleczyła mnie z tego kompleksu i z wszelkich innych. Powtarzała mi latami jaki to ja  mam cud i tysiąc innych zalet. Jednak ja wiedziałam swoje i przestałam chodzić na plażę. Mnie opętało szaleństwo taneczne. Tak więc nasze drogi na jakiś czas się rozeszły.A jak skończyły się moje tańce to opisałam w naszym drzewie genealogicznym. W każdym razie to przykre wspomnienie.

Antek był o cztery lata starszy ode mnie. Chodził do Technikum razem z moim przyszłym mężem. Był i jest uroczym człowiekiem, z którym jak się spotkałam to radościom nie było końca. Bardzo szybko się ożenił i to ze swoją pierwszą miłością, którą spotkał w pracy u Krystyny, to była szefowa Krystyny. Ta szefowa miała 18 lat a Antoś 19. Długo bawił się w podchody a jak zagaił to od razu o ślubie. Żyją do dziś szczęśliwie. Ona ma 80 lat a on 81.                   Z Antosiem mam wiele ciepłych wspomnień ale jedno muszę opisać, bo mnie bardzo dowartościowało. Mieliśmy po trzydzieści kilka lat jak spotkaliśmy się na jakimś  kursie. Po wykładach Antoś pyta czy odwieść mnie do domu. A ty dokąd jedziesz ? Na Uczelnię , na turniej brydżowy. Może mogłabym pojechać z tobą, tam właśnie u babci są moje dzieci a przy okazji mógłbyś mnie wziąć na ten turniej, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Pojechaliśmy.  Weszłam do ogromnej sali klubowej, w której 40 par ma rozgrywać turniej. Grają zawsze te same osoby ze sobą, pytam  Antka.  Tak i my będziemy taką parą. Nigdy w życiu. Ja pierwszy raz na oczy widzę co to jest turniej. Po za tym z tobą nigdy nie grałam, nie wiesz jak ja gram, pod tym względem nie znamy się nic a nic. To się poznamy; siadaj nie gadaj. Zostaliśmy   MISTRZAMI TURNIEJU.  Przy pierwszym rozdaniu, podczas pierwszej licytacji, z nerwów, odezwałam się z forsingiem, przez co zablokowałam kontrpartnera. Przy 19 stolikach grano szlemika w kierach a my ugraliśmy szlema w pikach. Niestety to tylko przez moje nerwy. Po odzywce przeciwnika w kiery ja zamiast powiedzieć pik, powiedziałam dwa pik. Układ kart był nieprawdopodobny. Antoś nie miał ani jednego kiera, za to miał aż sześć blotek pik. Ja miałam asa kier i garść ich blotek, które bardzo się przydały.  To był taki układ na ping ponga. Antoś cały czas emanował spokojem a ja pomalutku nabierałam odwagi. Ja rozpętałam wojnę a do szlema doprowadził Antoś, przecież nie wiedział, że się pomyliłam w licytacji. Do końca turnieju nikt nas  nie strącił z pierwszej pozycji. Na turniejach jest jedna rzecz która nigdy mi się nie będzie podobać, to odkładanie kart do pudełeczka. Liczenie lew to jest przyjemność a w turniejach nie ma tej przyjemności.

Ciąg dalszy wspomnień o rodzinie Ż -Helena i Michał

Będę o nich pisała po starszeństwie. Najstarszą z dzieci była Helena. Jako dziecko nie  miałam z nią wiele wspólnego. Była w końcu starsza ode mnie o 15 lat. Żyła swoim życiem. Była bardzo miła i pomocna ale zawsze na dystans.  Helena najczęściej zamykała się w swoim panieńskim pokoju razem z Bogdanem, który dość szybko został jej mężem. O dziwo Bogdan był bardzo podobny z urody do tej rodziny. Bogdan od Heleny był starszy o 10  lat. Był kierownikiem najpopularniejszej restauracji w naszym mieście. Helena natomiast była księgową w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Jako osoby dorosłe spotykałyśmy się dość często, zawsze z ogromną radością tuliłyśmy się do siebie. Helena z Bogdanem przeżyli wspólnie, w pięknym związku, całe swoje życie.

Gorzej wyglądało życie Michała. Przez to życie, jak mówiła Krystyna, pękło mu serce w wieku 45 lat.  Jak poznałyśmy się z Krystyną to Michał był w wojsku – w czynnej służbie.  Był nie tylko odwiecznym bożyszczem nastolatek ale i chłopakiem o złotym sercu. Po powrocie  z wojska  pracował  jako operator filmowy w kinie objazdowym. Do szaleństwa zakochała się w nim, od pierwszego wejrzenia, pani Wanda – rozwódka z córką w wieku Michała. Pani Wanda była kierowniczką kina, a więc koleżanką z branży Michała. Osaczała go na różne sposoby. Nie zdawałyśmy sprawy z tego – Krystyna i ja, że pomogłyśmy pani Wandzie w osaczaniu Michała. Kiedyś, jak co niedziela, wybrałyśmy się z Krystyną do kina. Zobaczyła nas pani Wanda. Zaczepiła Krystynę pytając czy ma brata Michała, bo przecież byli do siebie bliźniaczo podobni. Jak okazało się, że tak, to złożyła nam propozycję nie do odrzucenia – zawsze bezpłatne kino dla nas obu pod warunkiem, że do kina przyprowadzać nas będzie Michał. Opętało nas szaleństwo kinowe. My na seansie a Michał w objęciach pani Wandy. Mieli dla siebie,za każdym razem prawie  dwie godziny. Chyba mu się to podobało, bo nie było problemu z przyprowadzaniem i odprowadzaniem nas. Zawsze byłyśmy pod opieką, a zatem rodzice nasi również  nie mieli zastrzeżeń. My też nie wnosiłyśmy zastrzeżeń chodziłyśmy do kina na jakie tylko zachciałyśmy filmy czy seanse. Przypomniał mi się taki drobny fakt z pobytu w kinie, jak to Krystyna zawsze wybawiała mnie z różnych sytuacji. Kiedyś, to chyba na filmie ” Szerszeń”  ryczałam jak bóbr. Krystynie zrobiło się mnie żal i zaczęła mi  opowiadać życiorysy aktorów grających w tym filmie, dodając trochę głupot, tak że szybciutko łzy zamieniły się w śmiech. Musiałyśmy wyjść z kina ponieważ ten śmiech był nie adekwatny do scen filmowych. Po wcześniejszym wyjściu z kina musiałyśmy poczekać na Michała.  Michał z Wandą nie pasowali do siebie pod żadnym względem. Wanda sięgała mu pod pachę i poza wiekiem miała jeszcze bardzo krzywe nogi. Michał tego jakoś nie widział. Oni pasowali do takiej miłości w kantorku na zapleczu, a okazało się, że to było coś znacznie większego. Pobrali się i przeżyli ze sobą 20 lat. W rodzinie Michała była rozpacz, nikt nie mógł pojąć co go tak zaślepiło. Jak on sam pojął, że jest coś nie tak to nie umiał wyzwolić się z objęć pani Wandy. Po jakimś czasie zakochał się w kobiecie pasującej do siebie i wiekiem i wyglądem. Zamieszkali razem. Michał wystąpił o rozwód. Dopiero wtedy rozpętało się piekło. Wanda połączyła siły ze swoją córką i bez litości zatruwały życie Michałowi. Trwało to kilka lat, serce nie wytrzymało; podobno lekarz powiedział, że pierwszy raz widział  tak  pęknięte serce. Pogrzebem Michała zajęła się jego partnerka. Po kilku dniach, przychodzi jak zwykle na cmentarz i nie może znaleźć grobu. Okazało się, że Wanda, w ciągu jednej nocy, zamieniła pomnik. Na miejscu pierwszego pomnika był już inny, podwójny, od kochającej żony i z miejscem dla żony.

Krystyna Ż

Rodzina mojej koleżanki z klasy IV b to  osiem pięknych osób, pięknych  zarówno z charakteru jak i z wyglądu.  Krysia, bo tak miała na imię owa koleżanka, towarzyszyła mi w różnych sytuacjach przez całe jej życie. Nie należę do osób które muszą być z kimś na co dzień, spotykać się na ploteczkach ale  Jako dzieci spotykałyśmy się codziennie,  jako osoby dorosłe to i całymi latami nie widziałyśmy się, ale to u niej poznałam swojego męża, to ona była chrzestną mamą mojej starszej córki i to z nią będąc na emeryturach grywałyśmy co sobotę w brydżyka. Jak jedna z moich sąsiadek zamieszkała w naszym Domu, a była brydżystką, to Krystyna przejeżdżała do naszego DPS,  przywoził ją Krzysiek, który z nami grywał. Krysia zmarła w wieku 70 lat, czyli osiem lat temu, była o rok starsza ode mnie.. Jak już pisałam cała jej rodzina była piękna i na dodatek wszyscy byli bardzo do siebie podobni. Jak ktoś znał jedną osobę z tej rodziny a zobaczył kogokolwiek od nich po raz pierwszy i na neutralnym gruncie to nie miał wątpliwości, że to ktoś z rodziny Ż. Rodzice ich wyglądali jak bliźniaczy brat z siostrą a na dodatek mieli takie same imiona – Antonina i Antoni. A zatem wśród dzieci musiały być również takie imiona. Najstarsza córka miała na imię Helena, później był Michał ale już następne dziecko to Antoni. Dalej była Krystyna ale już po niej musiała być Antonina – mówiliśmy na nią Tońka. Najmłodsze dziecko było o 25 lat młodsze od najstarszej i miało na imię Ludwik. Dwaj starsi bracia – Michał i Antek, mieli za zadanie opiekowania się siostrami, a jak siostrami to i ich koleżankami. Bardzo lubiłam do nich przychodzić, to była cudna, kochająca się rodzina. Z takiej rodziny wychodzą w świat osobnicy spokojni, ułożeni, lubiący wszystko i wszystkich. Boże, ile razy Krystyna swoim zachowaniem pokazywała mi, że to co było dla mnie problemem, problemem nie jest. Nie raz była zaskoczona moim zachowaniem, mówiła wówczas – ale ty jesteś wariatka, a wiesz, że właśnie za to wariactwo cała moja rodzina bardzo cię lubi. Czułam to ich lubienie na każdym kroku. Jak jeszcze chodziłyśmy do szkoły to Krystyna codziennie rano zachodziła po mnie i razem pełne radości szłyśmy do szkoły. Kiedyś, jak  już byłyśmy w siódmej klasie, czyli już takie pannice czternastoletnie, Krystyna przychodzi jak zwykle po mnie a ja jej oznajmiam, że do szkoły nie idę, nie mam butów, są u szewca. Zobaczyła moją smutną minę, bo obie bardzo lubiłyśmy chodzić do szkoły, i ni z gruszki ni z pietruszki – a co boso do szkoły to nie można chodzić? Zostawiła swoje buty u nas w domu i całe szczęśliwe, rozbrykane poszłyśmy na bosaka do szkoły. Trzeba dodać, że mieszkałyśmy w centrum wojewódzkiego miasta i miałyśmy już cycki. U mnie był taki krótki okres uciekania z lekcji. Musiałam pomagać swojej drugiej koleżance w miłości. To Krysia G. zakochała się w traktorzyście, który codziennie przyjeżdżał pod szkołę zabierał nas na traktor i jechaliśmy za miasto. Tam ja prowadziłam traktor a Krysia z Edkiem całowali się na przyczepie. W domu dostawałam za to lanie które nie działało, to Krystyna Ż wyperswadowała mi ten traktor z głowy. Mówiła mi : jeśli chcesz być traktorzystką to musisz umieć jeździć traktorem i naprawiać go, ale ty przecież masz być śpiewaczką. Wiesz, mama prosiła żebyś przyszła do nas bo Michał przywiózł dużo nowych płyt a ty musisz znać nowości muzyczne. Będziesz miała dużo roboty bo są to  piosenki śpiewane po angielsku do których trzeba napisać polskie słowa.  Te moje teksty to były kompletne bzdety, ale śpiewałyśmy bez opamiętania. Zupełnie zapomniałam o tej mojej poezji, aż po 50 latach przypomniał mi ją najmłodszy z rodziny Ż. Ludwik nazywany Ludkiem. Kiedyś jako babcie emerytki, jak zwykle w sobotę grałyśmy w brydżyka, aż tu telefon do Krystyny dzwoni Ludek. Jak dowiedział się, że ona jest u mnie koniecznie chciał przyjść. Zrobił nam ogromną niespodziankę – wyśpiewał wszystkie piosenki bzdety.  Dopiero do nas dotarło, że zawsze podczas naszych wygłupów był przy nas dwuletni, trzyletni, cztero i pięcioletni Ludek. On się wychował na naszych  piosenkach, przy naszych wygłupach. Myśmy stroiły miny, pozy i czort wie co jeszcze, nie zwracając uwagi, że zawsze podczas tych zabaw był z nami Ludek. Przypomniał on  nam o tym jako 56 letni pan.

Uprowadzenie

To uprowadzenie było tylko we śnie, ale niemal  każdy mój sen ma odniesienie do jawy. Otóż od kilku dni chodzę z Jasiem na spacery. Byłam zaskoczona jak mnie to zaproponował, przecież to mój wróg, ale co tam niech będzie. Nie umiem z nim rozmawiać to tylko słucham;  niestety ale  i słuchać trzeba Go umieć. Ponieważ nie wierzę w jego szczere intencje to pewnie stąd taki dziwny sen – ostrzeżenie. To  moja podświadomość mówi mi  żebym uważała bo to taki ” rudy charakter”. Już go tak ktoś nazwał. We śnie jechałam autokarem w jakąś daleką trasę. Raptem autokar zatrzymał się. Weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Obezwładnili mnie, wynieśli z autokaru, wrzucili do bagażnika jakiegoś auta i ruszyli z piskiem opon. Nie byli to profesjonaliści bo nie zamknęli klapy bagażnika i ja wypadłam z niego podczas jazdy na ulicę. Za tym samochodem cały czas jechał autokar z którego mnie wywlekli; jak wypadłam na ulicę to z autokaru wybiegali ludzie żeby mi pomóc. Okazało się, że to byli sami moi przyjaciele z całego mojego życia. Najdziwniejsze było to, że wysiadła z niego zaprzyjaźniona ze mną cała ośmioosobowa rodzina. Pięć osób z tej rodziny już nie żyje. Dwoje z nich nie widziałam już dawno a z jednym utrzymuję kontakt do chwili obecnej. Co jakiś czas, ktoś z pobytu dziennego, przysyła mi pozdrowienia od tej osoby. Z tą rodziną byłam w bardziej zażyłych stosunkach niż ze swoją rodziną. Mam na myśli swoje rodzeństwo i rodzeństwo ze wspomnianej rodziny. O tej rodzinie napiszę w następnym wpisie, tak dla siebie, dla przypomnienia jacy byli dla mnie ważni i uwiecznienia tej ważności. A teraz aż się prosi o przeanalizowanie tego  proroczego  snu. Są w nim dwa główne wątki- brak profesjonalizmu u porywaczy  i pojawienie się nie wiadomo skąd ogromnej ilości przyjaciół.  Brak profesjonalizmu u  naszej kadry kierowniczej odczuwa się  na każdym kroku. Nie tylko w  spełnianiu obowiązków ale i w zatruwaniu mi życia.  Przecież cokolwiek się robi należałoby przewidzieć tego konsekwencje. Zawsze w czynnościach naszych szefów rzuca się w oczy podejście – jakoś to będzie. Ja te jakoś uzbierałam i stwierdzam, że nie ciekawie to wygląda z punktu widzenia szefostwa Domu. Natomiast jeśli chodzi o mnie to nie spodziewałam się, że są wśród nas ludzie którzy mnie popierają i obiecują, że będą zeznawać w razie potrzeby. To są właśnie ci przyjaciele nie wiadomo skąd. Przez 9 lat pobytu i nękania mnie w tym Domu, nigdy nie zwróciłam się z prośbą do nikogo o jakąkolwiek pomoc, chyba, że do pani dyrektor, chociaż nie wiadomo po co.  Nie chciałam nikogo narażać na nieprzyjemności. Dopiero ten pamiętnik otworzył oczy ludziom i postanowili mi pomóc.  To ten tłum z autokaru.

Koniunktura rośnie.

Ponieważ ciągle dopytujecie się dlaczego nie piszę, zaczęło mnie to zastanawiać; przecież często robiłam takie dłuższe przerwy i nie było  takich ponagleń, co jest grane? Zerknęłam do wykazu swoich czytelników i zobaczyłam, że liczba ich jest podwojona. Jestem pewna, że jest to zasługa dyrekcji Domu. Szaleją strasząc mnie i koniunktura rośnie. U mnie nic się nie zmieniło, piszę tak jak pisałam kilka lat temu, ale kilka lat temu dyrekcja nie interesowała  się aż tak tym moim blogiem a teraz czyta i straszy mnie a czytelnicy są ciekawi czy ja się boję i kiedy przestanę pisać. Kiedyś przestanę na pewno, ale to nie będzie ze strachu.   A może dyrekcja Domu nie wytrzyma i ukatrupią mnie? To wtedy będziecie wiedzieli kto to zrobił i zażądacie sekcji zwłok i dochodzenia.  Szczerze mówiąc to ja się ciągle źle czuję i nie mam apetytu na pisanie, tylko, że teraz to i mieszkańcy przychodzą prosząc żebym opisywała różne sprawy.   Kocham Was ale nie chce mi się.

Czekam na ciągłość niżową.

Boże, to wprost nieprawdopodobne żeby pogoda miała taki wpływ na organizm; jak w piątek popadało to ja natychmiast głęboki  oddech i do ogródka. W końcu w ogródku pracuje się w pozycji schylonej a ja dałam radę. Nie długo popracowałam ale jednak. Nie mam pretensji do swoich lat, wiem, że one mnie ograniczają i  na wiele mi nie pozwalają ale co innego słabość wiekowa a co innego ta przeklęta meteoropatia. Dzisiaj,  po mimo deszczu poszłam na godzinny spacer. To nie był spacer, to był sprint ku czci zmiany pogody. Wróciłam mokra i szczęśliwa. Po południu zaczął nadchodzić wyż, pokazało się słoneczko, a mnie ogarnęła senność.  Wesołe jest życie staruszki nie ma co!  A propos tej mojej starości – jedna z pracownic powiedziała mi, że czyta mojego bloga i za każdym razem jak  musi napisać słowo prababcia to się złości. Mówi mi – pani ani z wyglądu, ani z charakteru nie jest prababcią, jak można było tak siebie nazwać.      Niestety jestem nią.           Dobrych kilkanaście lat temu dziwiłam się jednej z koleżanek mojej mamy. Wszystkie panie w jej wieku oklapnięte a ona zawsze  pełna wigoru. Mama  wytłumaczyła mi – ona pokazuje się ludziom tylko wtedy jak jest w dobrej formie.  Sprawdziłam i potwierdziłam słowa mamy. Można je w zupełności odnieść do mnie.                                 Zaczęłam też przygotowywać się do ewentualnej rozprawy sądowej. Przeglądam swojego bloga, robię notatki, żeby np. mój obrońca  czy ewentualnie oskarżyciel,  nie musiał czytać całego mojego bloga. Notatki dotyczą najgorszych świństw jakie mi wyrządzono. Analizuję kto może je potwierdzić i na co mam dowody.  Myślę, że pod przysięgą to każdy potwierdzi a na pewno potwierdzą rodziny osób już nie żyjących czy pracownicy którzy są już na emeryturze.  Czy dojdzie do rozprawy nie wiem, pożyjemy, zobaczymy. Na razie nie chce mi się nic robić. Poczekam aż nastąpi ciągłość niżowa.                                                                                                     Czytając swojego bloga zobaczyłam, że ludzie są jak chorągiewki; najjaskrawszym przykładem chwiejności charakteru jest nasz ksiądz. Teraz już jest okey, ale po mojej wizycie u Prezydenta, 6 lat temu długo okazywał mi wrogość. Po zmianie dyrekcji natychmiast zaczął się przymilać, żeby po dwóch miesiącach skarcić mój stosunek do zbierania tacy. Ksiądz stojąc przy ołtarzu karci zachowanie ” swojej owieczki „.  Oczywiście było to na polecenie pani NIKT bo tak jak decydentki tak i On je pani NIKT z ręki.  Zauważyłam też, że pisząc o niektórych osobach byłam pełna nienawiści albo złości. Już mi przeszło. Wystarczy, że nie widzę tej    ( nie napiszę jakie słowo ciśnie mi się do ust ) i już  jest dobrze. Na pewno coś wymyślą żeby się przypomnieć wówczas zaczniemy walkę od początku.  Mam jeszcze jeden bardzo poważny problem do załatwienia, ale o nim na razie cicho sza.

Odpowiedź dla Moniki

Twój wpis można odczytać dwojako – możesz się tym faktem zarówno cieszyć jak i smucić.  Niestety pogoda która nęka nawet ludzi młodych, starych wykańcza, dlatego właśnie nie mam apetytu na pisanie. Przez pierwszy tydzień upałów leżałam plackiem, później zaczęłam chodzić przy chodziku nawet wewnątrz budynku. ( Potworne zawroty głowy ). Dzisiaj jest już dobrze tak więc szybciutko pobiegłam do miasta pozałatwiać różne sprawy. Do spraw dotyczących naszego Domu wrócę po następnej serii upałów.       Buziaki !!!

Moje odczucia po przeczytaniu pisma

Nie mam apetytu na pisanie ale na temat pisma od ” Pana Prezydenta ”  muszę się wypowiedzieć. Wzięłam w cudzysłów zwrot – Pana Prezydenta, ponieważ nie bardzo chce mi się wierzyć, że  On je widział. Nie wiem czy oficjalnie odpiszę na nie, ono jest pozbawione sensu. Prezydent informuje mnie, że mieszkańcy, czyli pani  i pan Nikt, podali mnie do Sądu. To chyba Sąd powinien mnie o tym poinformować nie Prezydent.  Mój blog jest solą w oku to wiem.  Przecież 50 % bloga stanowi pamiętnik który 6 lat temu wręczyłam do rąk własnych Panu Prezydentowi. Może przypomnę z  jaką konspiracją podchodził do sprawy wówczas  Pan Prezydent, jak to z pismami od Niego przyjeżdżał do mnie kierowca osobisty. Pan Prezydent dobrze wiedział na jakie świństwa stać jest decydentów Domów Opieki. Wszystkich decydentów, tych obsadzonych przez Pana również, a może jeszcze bardziej. A teraz pisze mi Pan, że jeśli mi się to bagienko nie podoba to mogę w każdej chwili zamienić na inne, a skoro jestem to mam je  szanować. Ja piszę tylko bloga, natomiast niszczy mnie nękając: pani dyrektor, p. kierownik socjalna, siostra przełożona, lekarz psychiatra i dwoje mieszkańców,  a teraz jeszcze w to bagno usiłują  wepchać i Pana Prezydenta. Nie wstyd Wam. Gnębicie starą kobietę oddaną Wam pod opiekę.                                                                                                To może ja przypomnę dlaczego piszę tego bloga. Przychodząc do Domu Opieki, mimo, że wymagałam pomocy w każdej chwili, to bardzo cieszyłam się tym  faktem bo i pomoc była     i kwitło życie artystyczne w którym bardzo ściśle brałam udział.  Zarówno personel jak i mieszkańcy byli do mnie życzliwi i uczynni. Wszystko do momentu, dopóki poprzednia p. dyrektor nie dowiedziała się, że moje mieszkanie komunalne, na które bezpodstawnie liczyła, nie będzie dla niej. Ogarnęła ją wściekłość która trwa do dziś. To co zaczęto ze mną wyprawiać przeraziło mnie nie na żarty, musiałam to przeciąć.  Opisałam wszystko w formie  pamiętnika i dostarczyłam do rąk własnych P. Prezydenta.  W efekcie była p. dyrektor straciła pracę a razem z nią obfite źródło dochodów stracił jej syn, rodzina córki i bratanka. A więc wściekłość do kwadratu. Ponieważ żadna z tych rodzin już nigdy nie będzie miała takich dochodów to i ja nigdy nie zaznam spokoju.  Eks  p. dyrektor była i jest przewodniczącą stowarzyszenia wszystkich dyrektorów Domów Opieki i służby zdrowia w całym naszym regionie, nie trudno jej było nakłonić swoją następczynię do kontynuacji rozpoczętej krucjaty przeciwko mnie,  tym bardziej, że pomocnicy do tych wyczynów zostali w naszym Domu i wiedzą dobrze  jak znęcać się nad ludźmi. Następczyni przerosła mistrza, ta  z pozoru skromna kobieta  okazała się potworem. Kłamstwa to jej chleb powszedni. I ja mam o tym nie pisać?         Najpierw w perfidny sposób zniszczyła prowadzone przeze mnie Radio. Zrobiła to przebrzydle: podczas nadawanego przeze mnie na żywo programu, do studia weszły dwie pielęgniarki i nie przebierając w słowach ubliżały mi. Do końca programu wyzywały mnie.     Pomyśleć – taki sukces zawodowy nowej, bo zaledwie dwa miesiące urzędującej, p. dyrektor. Przy poprzedniczce już od trzech lat prowadziłam Radio, a tu rach ciach i po problemie. Za dwa dni pomogła sfałszować wybory do Samorządu Mieszkańców tylko po to żeby stworzyć Samorząd który pieczątką potwierdzi wszystkie świństwa kierowane pod moim adresem. Na czele Samorządu stanęła osoba która teraz podaje mnie do Sądu że niby ją szkaluję. Ponieważ ja już  niewiele  robiłam to pani Nikt szybko zrezygnowała z tej funkcji, wszak ona nie lubi tworzyć, ubóstwia niszczyć; pod tym względem to bratnia dusza naszej dyrektorki. Dobrały się jak w korcu maku. To był drugi sukces zawodowy nowej p. dyrektor.  W niespełna miesiąc później powołano komisję cenzorów która miała za zadanie odrzucać wszystkie przeze mnie pisane artykuły do naszej wewnętrznej gazetki. Same sukcesy młodej zdolnej… I ja mam o tym nie pisać?      Ponieważ ja ciągle żyłam i sprawiałam wrażenie zadowolonej, zaczęto mnie gnębić drobnymi sprawami; nie wytrzymałam, poprosiłam o pomoc psychiatrę. To było 5 lat temu a pan doktor teraz uświadomił sobie, że jestem jego pacjentką i zaczął łgać na mój temat, oczywiście na życzenie pani dyrektor.                                                    Wiem, że i Pan Prezydent i dyrekcja Domu może wiele żeby mnie uciszyć, ja nie mogę nic, co najwyżej pisać bloga.  Proszę nie straszyć mnie Sądem ponieważ  pod Sąd kwalifikuje się zachowanie dyrekcji Domu, nie moje. Tyle ludzi na wysokich stołkach na mnie jedną  – gratuluje!!!   Dla was zniszczenie mnie jest ważniejsze od reputacji ?

Pismo z kancelarii Prezydenta

Już myślałam, że nie będę miała o czym pisać a tu proszę, otrzymałam pismo z kancelarii Prezydenta, które przedstawiam w całości. Wiadomo, że nie pozostanie bez echa.       Oto treść pisma:

W dniu 11 czerwca do Urzędu Miasta wpłynęło pismo pensjonariuszy dotyczące treści zamieszczanych przez panią na blogu. Zapoznałem się z treściami zamieszczonymi przez panią  i z przykrością stwierdzam, że sposób opisywania przez panią osób i sytuacji jest nieakceptowalny. Używanie obraźliwych słów wobec poniżanych przez panią osób, które łatwo można zidentyfikować     ( ponieważ są mieszkańcami i pracownikami DPS ) w pełni zasługuje na krytykę i pretensje jakie zgłaszają podopieczni placówki.  Jak wynika z informacji przedstawionych w piśmie  skierowanym do Urzędu Miasta , osoby które poczuły się dotknięte wystąpiły na drogę powództwa cywilnego  w obronie swoich dóbr osobistych. Prowadzony przez panią pamiętnik  jest źródłem kłótni, spięć i konfliktów pomiędzy pensjonariuszami jak i personelem. Nadmieniam, że zgodnie z obowiązującym prawem      ( art.23 KC) nie można bezkarnie naruszać dóbr osobistych człowieka tj. zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnice korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska. Ww. dobra pozostają pod ochroną prawa cywilnego nie zależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach. Jednocześnie proszę nie traktować niniejszego pisma jako próby ograniczenia pani prawa do wypowiadania się , ekspresji uczuć czy przeżyć, ale jako wezwanie do respektowania obowiązującego prawa w zakresie poszanowania dóbr osobistych innych podopiecznych i personelu DPS. Prowadzenie elektronicznego pamiętnika  jest potwierdzeniem pani talentu pisarskiego i wyjątkowej wyobraźni, ale jeszcze raz podkreślam, że obraźliwy sposób w jaki opisuje pani innych podopiecznych i personel jest karygodny i nie może być kontynuowany. W pamiętniku opisuje pani swoje niezadowolenie zarówno z usług oferowanych przez placówkę i personel jak i zachowania współmieszkańców Domu.  Pragnę pani przypomnieć, że pobyt w DPS  jest całkowicie dobrowolny i wymaga zgody pensjonariusza, który akceptując regulamin organizacyjny placówki wyraża zgodę na respektowanie praw i obowiązków ustalonych  dla podopiecznych i personelu. Nadmieniam, że DPS jest miejską placówką organizacyjną i pracownicy zatrudnieni w DPS  także podlegają ochronie prawnej w miejscu pracy.  Jeżeli jest pani niezadowolona z usług oferowanych przez DPS  lub atmosfery jaka panuje w placówce, w każdym czasie może pani wystąpić z wnioskiem  do MOPS o przeniesienie do innej placówki.