Szaleństwa świeżo upieczonego wdowca

W poprzednim wpisie pisałam o panu którego kiedyś spotykałam dość często i zawsze gdzieś pędził, na ogół na jakieś występy z poczęstunkiem; a jego żona, która niestety już nie żyje, to była wiecznie zapracowana kobieta. Spotkałam go i w tym tygodniu. Zobaczył mnie z daleka, wchodząc już na swoją posesję, czekał aż do niego się zbliżę. Jego cała postać tryskała radością życia. Zaraz po dzień dobry spytał czy byłam w niedzielę w parku Jakubowym, była tam taka potańcówka, że jeszcze nie mogę się wyciszyć. A ludzi ile było, jak za starych dobrych czasów. Już dawno nie chodzę nigdzie, chyba, że do lekarza – odpowiedziałam. Przecież to stara pani dzielnica, nie ciągnie panią na stare śmieci ? Nic a nic. A ja, mówi ów pan, cały czas tańczyłem. Ludowa kapela grała polki, oberki, walce, nogi same chodziły. Pana nogi wiecznie gdzieś pana niosą. Teraz wygląda pan jak ktoś kto się zerwał z uwięzi i boi się, że za chwilę to co piękne może się skończyć. Pewnie i swaty zaraz się zaczną albo nawet już się zaczęły? Zaczęły się, zaczęły – odpowiada pan. Ten obiad na wsi, z ubiegłego tygodnia to już ze swatami pewnie był. Roześmiał się od ucha do ucha – głodny nie chodzę, a tam gdzie bywam stół zawsze jest bogato zastawiony. No i proszę jaki szczęśliwy wdowiec. Życzę panu żeby tak zostało, a w zasadzie tego życzę tym swatanym paniom żeby nie wpadły jak śliwki w kompot. Musi pan przyznać, że pociechy z pana, na dłuższą metę, to żadna z pań mieć nie będzie. A on na to – chyba, że byłaby to pani. Pani potrafiłaby wszystko zmienić. Zwariował pan z tego szczęścia zupełnie. Do widzenia !! Boże przebacz mu bo już nie wie co czyni. Mówię mu całkiem wprost, że jest nic nie wart a on w jakieś zaloty uderza, w zaloty do kobiety która sama ledwie zipie. Niech na prawdę na zawsze zostanie szczęśliwym wdowcem, to może ocalić jakąś białogłowę od nieszczęścia.

18 kwietnia pisałam o wystawionym u nas spektaklu jednego aktora, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pisałam też, że chciałabym o autorkach tego spektaklu dowiedzieć się jak najwięcej. Okazuje się, że to zainteresowanie zadziałało w obie strony. Pewnie z powodu mojej głośnej, jednozdaniowej recenzji. Otrzymałam od owych autorek ankietę zawierającą 31 pytań. To nie są pytania wprost, są to pytania bardzo złożone. Żeby na nie odpowiedzieć trzeba po prostu opisać swój życiorys na dodatek ujmując w nim życie moich przodków. Niestety moje życie nie nadaje się na teatr jednego aktora jeśli już to na serial i to tasiemiec. Weźmy 1 pytanie —-Gdzie się pani wychowała, jak wyglądało to miejsce. Proszę opowiedzieć o miejscu które panią ukształtowało. Jak pachniało powietrze, co było pierwszym dźwiękiem rano?—-To jest jedno pytanie z trzydziestu jeden pytań, kompletnie nie pasujące do początków mojego życia. Urodziłam się w środku wojny, w Wilnie, na dodatek kiedy właśnie tam przeniosło się centrum wojny. Urodziłam się jako piąte dziecko, kiedy już od pół roku tato był osadzony w więzieniu NKWD. Nie mieliśmy żadnego domu tylko schronienie. Szkoła i jedna z klas była schronieniem siedmioosobowej rodziny. To było trzecie już schronienie moich rodziców. Dom, który był ich dumą i ostają, został podpalony przez bojówki litewsko-rosyjskie i cała moja rodzina miała w nim spłonąć. Później to już były tylko mieszkania schronienia, zdobywane przez moją mamę, tatę UB tragicznie gnębiło, a to dlatego, że miał zbyt chlubny życiorys: legionista, Piłsudczyk, Ułan który się wsławił w sukcesach wojennych bez użycia szabelki. Ja od urodzenia do 16 roku życia zmieniałam miejsce zamieszkania sześciokrotnie. W każdym z tych miejsc byli ludzie do których wymykałam się z domu i o których nie sposób byłoby nie napisać. Tak więc sześć miejsc zamieszkania musiało by dać sześć odcinków serialu. Aż strach pomyśleć, przecież tym razem moje życie byłoby wybebeszone.

I to byłby na tyle. Coś szwankuje mi mój laptop. NARA !!

Rozmowy sprzed roku i teraz.

Ponieważ nie bardzo mam o czym pisać, zrobiłam przegląd wpisów z lipca ubiegłego roku i spróbowałam porównać te wydarzenia z dzisiejszymi. Pierwsza z nich to była rozmowa ze spotkaną na spacerze sąsiadką z ulicy Oficerskiej, czyli to takie sąsiedztwo ulic. Tej akurat sąsiadki nie spotkałam, już bardzo rzadko wychodzę, spotkałam dwie inne osoby. Rozmowy radykalnie inne. Pierwszą napotkaną osobą była pani, która była żoną poznanego kiedyś pana. Otóż ów pan, około 10 lat temu po prostu mnie zaczepił żeby pogadać. Z wyglądu bardzo nie ciekawy jegomość, taki nieduży pączuszek – wysokość i szerokość jednakowych wymiarów. Od pierwszej z nim rozmowy wpadłam w zachwyt nad tym osobnikiem płci bardzo brzydkiej. Bardzo lubiłam rozmowy z nim. To były takie chwilówki przy spotkaniu na ulicy, zwykle przed jego domem. Z chwilą kiedy poznałam jego żonę za każdym razem przy spotkaniu się z nią prosiłam żeby pozdrowiła ode mnie swojego męża. Jego widywałam coraz rzadziej a i ją nie częściej niż raz na rok. Spotkałam teraz, w lipcu, po krótkiej rozmowie, już na odchodne wrzucam – pozdrowi pani ode mnie swojego męża. Pani Danusia, on już od roku nie żyje. Idę dalej ze spuszczoną głową, wspominając cudne rozmowy z owym panem, aż nagle słyszę – dzień dobry, a co to taka zamyślona. To inny sąsiad z ulicy Oficerskiej. Taki pędziwiatr. Wiecznie gdzieś gonił. Nigdy nie usiedział w domu. Bywał na wszystkich imprezach organizowanych w mieście, zwłaszcza na tych gdzie był poczęstunek. A jego żona dla odmiany, wiecznie pracująca w ogródku. Kiedyś sama ją zaczepiłam pytając – czy pani kiedyś odpoczywa ? Wielki ogród, duży dom i wiecznie latający gdzieś mąż. Pomocy znikąd. To intelektualista, nie brudzi rąk pracą fizyczną – odpowiada owa pani. Boże, ta kobieta nawet śnieg zimą odgarniała sama, jesienią grabiła wiecznie spadające liście, a mąż słuchał w tym czasie jakiegoś koncertu. Dobrana para, nie ma co. Tym razem znów właśnie gdzieś pędził – gdzieś jest jakiś występ który nie odbędzie się bez pana – pytam. Nie, jadę na wieś, jestem zaproszony na obiad – odpowiada. Żona, to z pana nie ma żadnej pociechy; a pan na to – pani Danusiu, żona od roku nie żyje. I takie to teraz rozmowy – śmierć i choroby. Niestety i ja i moi znajomi to już ludzie wiekowi, choć młodsi ode mnie.

Opisywałam też o mojej znajomości z Krzyśkiem, jego podejściu do mnie i mojego do jego osoby. Krzysiek już od kilku miesięcy mieszka w naszym dps. Ponieważ w pierwszych tygodniach bez przerwy coś chciał ode mnie, a z nim rozmowa żadna i na żaden temat, ja szybko odcięłam pępowinę. I o dziwo Krzysiek od razu stał się samodzielny. Zaczął od zamiany pokoi. Pierwszy mu się nie podobał, pomieszkał w nim miesiąc. W drugim mieszkał też mniej więcej tyle. Aż wreszcie trafił do trzeciego, wymarzonego przez siebie pokoju. Poszłam zobaczyć jak mieszka. Byłam zaskoczona pięknym umeblowaniem, pytam – to są twoje meble z domu. Tak – odpowiada. A to nie prawda, to były meble, że tak powiem, służbowe. Przy okazji tej krótkiej wypowiedzi Krzyśka przypomniało mi się, że on nałogowo kłamie, tak więc jaki sens ma rozmowa z kimś takim. Któregoś dnia spotykam Krzyśka na korytarzu – wracam z pralni, mówi a w ręku trzyma jedną parę skarpet. Ty skarpetki nosisz do pralni? Przecież jeżdżę na wózku to i prać nie mogę. Całe życie mieszkałeś sam i sobie musiałeś radzić a teraz raptem stałeś się taką ofiarą losu. Denerwuje mnie takie pieszczenie się z sobą. Nie potrafię być miła w takiej sytuacji.

Trzecim tematem poruszanym na moim blogu w lipcu ubiegłego roku była nasza krajowa polityka. W tym względzie nic się nie zmieniło. Jedni na drugich plują tak jak pluli i nie zanosi się na zmiany.

I to byłoby na tyle NARA !!

Jak trwoga to do Boga…

Od miesiąca nie mogłam sobie poradzić z dziwnym uczuciem które mną zawładnęło. Stało się tak jak odeszła moja ostatnia siostra – Haneczka. Nie rozpaczam po niej ponieważ jak już pisałam nie lubiłyśmy się, nie spotykałyśmy się bo nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia. Ja chyba w ogóle nie rozpaczam po niczym i po nikim. Rozpacz odeszła razem z młodością. A że nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia to tylko tak mi się wydawało, przecież miałyśmy. Jako dorosłe osoby powinnyśmy do swojej niezgody podejść ze zrozumieniem. Niestety charaktery. ( I te charaktery odziedziczyły po nas nasze dzieci ). To dziwne uczucie które mi teraz towarzyszy to jakiś strach, że teraz jestem najstarsza w rodzinie. Jestem zatrwożona, tak ,to najwłaściwsze określenie. Przez 84 lata byłam najmłodsza, owszem już stara jednak nie najstarsza, aż tu raptem jestem najstarsza i jedyna. Poczułam jakiś strach przed obowiązkiem bycia najstarszą. Zaczęłam modlić się prosząc o pomoc żebym sobie z tym starszeństwem poradziła. Doszłam do wniosku, że muszę się skupić wyłącznie na swoich najbliższych, że na rodziny mojego rodzeństwa przecież wpływu nie będę miała. Chociaż nawet na swoich bliskich również nie mam wpływu, bo co ja mogę? Poszłam wystraszona do kościoła, dałam na mszę prosząc Boga żeby zajął się moją najbliższą rodziną. A jest tego trochę. To jest 14 osób których trzeba by chronić i wspierać. Ja to już tylko będę się modlić żeby nie zapomnieć ich imion. Jak cały Kościół pomodlił się za moją czternastkę żeby żyli w zdrowiu, miłości i po Bożemu do późnej starości razem, zrobiło mi się lżej. Pomyślałam, że w tej trosce nie jestem już sama. W sumie z Haneczką miałyśmy bardzo podobne losy. Obie rozwiedzione i do końca same wychowujące dzieci. Nasi mężowie mieli takie same imiona. Ona miała dwóch synów ja dwie córki. Tak jak my ze sobą nie rozmawiałyśmy tak samo jej synowie zagniewani byli na amen na siebie a i moje córki już od 15 lat ze sobą nie rozmawiają. Jeden z synów Haneczki już od 10 lat nie żyje; zostawił po sobie syna. Drugi syn ma dwie córki. Tak więc i Haneczka i ja mamy trójkę wnuków, z tym, że ona miała dwie wnuczki i jednego wnuka ja odwrotnie – dwoje wnuków i jedną wnuczkę. O pogrzebie Haneczki powiadomili mnie jej wnukowie, którzy całą trójką przyszli do mnie do dps. Są równie piękni jak i moi. Synowie Haneczki to wyjątkowo uparci chłopcy. Wyobraźcie sobie, że młodszy syn Haneczki tak był obrażony na ojca, że jak ojciec dwa lata temu, przysłał mu w ramach przeprosin 500 000 euro on te pieniądze ojcu odesłał, z dopiskiem – nie obchodziłem ciebie całe życie i niech tak zostanie. Ani żona jego ani córki nie odważyły się kwestionować decyzji ojca. W sumie ten młodszy to nawet nigdy nie widział ojca. Był jeszcze niemowlęciem jak ojciec zakochał się w innej kobiecie i wyjechał do Niemiec. Tam prowadził swoje biuro architektoniczne i żył na wysokim poziomie. Innych dzieci nie miał tak więc jak śmierć zajrzała mu w oczy przypomniał, że jednak dzieci ma i ma komu zostawić spadek. Nawet nie wiedział, że starszy syn nie żyje; wnuk po tym zmarłym synu nie obraził się na pół miliona, ale dziadka nie chciał poznawać, z szacunku do nieżyjącego ojca. A ów dziadek w Niemczech nie miał już nikogo i ślad po nim zaginął. Młodszy syn Haneczki wchodząc w życie dorastającego chłopaka napytał sobie biedy, z której sam się wykaraskał, dlatego miał taki a nie inny stosunek do ludzi. No nie zupełnie sam, pomógł mu ktoś kogo nawet nie znał. Otóż, będąc w drugiej klasie liceum sportowego, zakochał się w koleżance z klasy. Mając po 16 lat dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. Zarówno matka jego jak i rodzice jej odwrócili się od nich. Zlitował się nad nimi dziadek dziewczyny mieszkający na zupełnym odludziu i żyjący z uprawy ziemi. Wziął ich do siebie, tłumacząc jednocześnie, że muszą być pod opieką starszych osób ponieważ są jeszcze dziećmi. Dziadek był samotnym, schorowanym człowiekiem a jednak rękę podał. Mieszkali razem do ich pełnoletności, później dziadek wyprowadził się do córki a dom i hektary zostawił młodym. Dzisiaj ci młodzi już nie tacy młodzi, są nadal razem. Na hektarach po dziadku założyli ogrodnictwo kwiatowe. Żyją w pięknym domu i powodzi im się bardzo dobrze. Dopiero na pogrzebie Haneczki poznałam jej synową – piękna kobieta; no ale i synowie Haneczki to chłopaki na schwał.

I takie to różne są koleje losu. NARA !!

Anomalia to czy rzeczywistość ?

Dwa tygodnie upałów i już rwetes. Ja również nie lubię upałów, ponad wszystko kocham polską złotą jesień, ale niestety wszystko co aura nam przynosi przeżyć trzeba. A te wybryki natury, typu – upały, susze, ulewy i podtopienia to jest już rzeczywistość. Ponieważ bardzo lubiłam opisywać pogodę, kiedyś w swoich wierszach, to ośmieliłam się do porównań pogodowych lat 2006 z rokiem obecnym. Wówczas bardzo dokładnie opisywałam pogodę a dziś ją przeżywam. Tak więc zacznę od zimy. Tej zimy dwukrotnie musiałam odwoływać swoje wyjścia do miasta ponieważ były bardzo obfite opady śniegu a więc dla mnie rzecz nie do pokonania. Nie tylko dla mnie, któregoś dnia przed 6 rano wychodzę do atrium żeby poćwiczyć, a na korytarzu śmiechy, chichy, nasza pracująca młodzież, a dojeżdżająca samochodami, nie może wrócić do domu po nocnym dyżurze, ponieważ drogi są całkowicie nie przejezdne, zasypane śniegiem; na pierwszą zmianę przyszli ci co szli z buta nie jechali. A to był listopad. W 2006 r. w swoim wierszyku pisałam: —-jeszcze wczoraj na Zaduszki złota jesień była, a dziś zima. —- Trwała ona bardzo długo i nazwana była zimą syberyjską, bo jeszcze w marcu pisałam -… to zimowy kulig dzwoneczkami dzwoni, roześmiana dziatwa chce wiosnę dogonić; a wiosna ucieka za lasy i morza, u nas ziemia skuta lodem, do nas wiosna dojść nie może. ….Tak więc zima trwała 5 miesięcy. Maj był zimny i dżdżysty i jeszcze kilka dni czerwca, a później przyszło upalne, niekończące się lato. Zaczęło się w pierwszych dniach czerwca a już w lipcu wszystko było wypalone, a deszcz spadł dopiero w sierpniu. Pisałam o tym tak: -…rozgrzana kula słońca ogniste promienie rzuca. Skwar ziemię wypala, jej soki wysusza. Na lipcowej łące trawa wysuszona, kłosy ziaren wyschnięte, to przyroda kona. …. Dopiero sierpień przywitał nas złotym deszczem; dlatego złotym bo upragnionym, ale razem z nim przyszły ulewy i powodzie. Tak więc to już jest rzeczywistość nie są to anomalie. I dzisiaj tak jest i tak było rok czy 5 lat temu, muszę o tym pisać bo są to rzeczy ważne, a wszystko co ważne musi być ujęte w pamiętniku prababci, zwanym blogiem.

A tym ważnym wydarzeniem jest również zmiana frontu Prezydenta Ukrainy względem Polski. I co Wy na to ? Na pewno już takiej sympatii jaką mieliśmy, pomimo wszystko, do Ukraińców już nie mamy i mieć nie będziemy. Załęski napluł nam w twarz i chciałby żebyśmy powiedzieli, że to był deszcz. Wiemy, że pomagać musimy ale mam nadzieję, że wszystko teraz będzie przekalkulowane żebyśmy nie żałowali swojej naiwności. Nasz Minister Sikorski spotkał się z Ministrem Spraw Zagranicznych Ukrainy, po długich rozmowach odpowiedź Ministra Sikorskiego była krótka: ” będzie dobrze ” czyli, że nie jest. Za czasów mojej młodości o ludziach zawziętych, skłonnych do bójek i nie ustępliwych, mówiono, że to Ukrainiec. Jak widać coś w tym jest.

Równie ważnym wydarzeniem dla nas mieszkających w dps jest wygranie przetargu na najdroższą aptekę w mieście. Kilka lat temu prowadziłam wojnę z naszą dyrekcją w sprawie wyboru apteki, dziś już nawet nie zaczynam, szkoda zdrowia, bo tak głupich odpowiedzi jakie otrzymywałam od pani dyrektor to nawet nie chcę wspominać. Wszystkie odpowiedzi brzmiały tak samo jak dzisiejsza wypowiedź obrońcy pana Ziobry, cytuję – pan Ziobro nie ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, on po prostu przemieszcza się. A ja po prostu wybieram się do miasta po leki, w mieście każda apteka w obrębie Zatorza jest tańsza od naszej wygranej w przetargu.

I to już koniec biadolenia – NARA!!