Dwie sprawy od i do moich czytelników.

Napisał do mnie pan Rafał, ze zrozumieniem na moją wściekłość i gotowość w czasie dziesięciodniowego oczekiwania na zakończenie remontu, twierdząc, i słusznie, że oczekiwanie jest gorsze niż trwanie. Po wskazówkach jakie mi udzielił można wnioskować, że to fachowiec. Pewnie to ten piękny, polski hydraulik, który zachwycił świat. W każdym razie bardzo dziękuję, że podzielił się pan ze mną swoją fachowością i że w ogóle napisał pan do mnie. Dziękuję bardzo.

Jedna z czytelniczek to nawet mnie odwiedziła. Tak zagadałyśmy się, że zapomniałam nawet jak ma na imię, a w sytuacji kiedy rozmowa zeszła na załatwienie dla pani pewnego ustroistwa to po za imieniem niestety musiałabym znać i pani wymiary i namiary do pani. Ja każdą rozmowę traktuję poważnie i już zaczęłam sprawę załatwiać, kiedy powiedziałam sobie – przystopuj, nic o kobiecie nie wierz, kupisz to ustroistwo i co z nim zrobisz? Tak więc kochana, powiedzmy pani ” Zosiu” bardzo proszę o napisanie do mnie w komentarzach i podanie np. telefonu, wówczas ja do pani zadzwonię i wszystkiego się dowiem. To co pani do mnie napisze nikt inny tylko ja będę mogła to odczytać. Natomiast jak ja podałabym swój numer telefonu to znali by go ludzie od Australii po Syberię i nigdy nie wiadomo na kogo by trafiło. Bardzo proszę o kontakt.

I to byłby na tyle – NARA !!

Pierwszy krok do chcenia

Moim pierwszym krokiem do chcenia było pójście na logopedię. Jak zwykle było miło, chociaż zauważyłam, że w głowie mam jakiś zastój. Ale było tak tylko na pierwszych zajęciach. Czyli, że gimnastyka jest niezbędna dla całego organizmu. Niestety na prawdziwą gimnastykę poranną do atrium, jeszcze nie chodzę, ciągle boli kręgosłup. Jak byłam we wtorek u lekarza poprosiłam go żeby wypisał mi nowy, ale normalny materac, na receptę, receptę taką do siostry przełożonej, bo to ona przydziela materace. Spojrzał na mnie zdziwiony, więc mu wyjaśniłam. Wprawdzie całkiem nie dawno dostałam nowy materac ale on nie nadaje się dla mnie, jest jakiś aerodynamiczny czy jakiś tam, w każdym razie jak leżę na boku to za plecami tworzy się taka otulina, której ja teraz będąc chora, nie mogę sforsować, po nocy jestem najbardziej obolała, a do siostry przełożonej nie pójdę bo jej nie cierpię, a jak pan doktor wypisze zlecenie, że ma mi wydać twardy, bez udziwnień, materac, to ona nie będzie miała wyjścia. Pan doktor to zlecenie wypisał i dalej miała działać jego asystentka. Przychodzę na drugi dzień do owej asystentki i pytam jak moja sprawa – jeszcze nie byłam. Przychodzę na dzień następny – byłam, a siostra przełożona kazała pani przekazać, że jeśli pani coś nie odpowiada to niech pani sobie kupi prywatnie to co pani chce. Od razu wybrałam się do siostry przełożonej i od progu informuję, że ja w sprawie materaca. Przełożona udaje, że nic na ten temat nie wie więc wyjaśniam, a ona na to, – za 15 minut materac będzie u pani w pokoju. Szok – co to było, czy moja wizyta zrobiła wrażenie, czy asystentka nie umiejętnie podeszła do sprawy? Pewnie przełożona sądziła, że jak usłyszę, że mam kupić sobie sama to już do niej nie przyjdę, a tu niespodzianka. W każdym razie mam nowy materac i spokojnie przewracam się z boku na bok. Podejrzewam, że tylko ja z nią rozmawiam z pozycji kogoś ważniejszego od niej, nikt ponadto, na pewno dyrektorka nie ośmieli się nigdy tak stanowczo z nią rozmawiać. Ja po prostu uważam, że każdy podopieczny jest w domu opieki ważniejszy od kogokolwiek innego. Jeśli pracownicy chcą żebyśmy ich szanowali to oni muszą szanować nas. Jeszcze parę lat temu jeździli po mnie jak po starej, nikomu nie przydatnej kobyle, teraz sobie na to nie pozwolę. Dotyczy to przede wszystkim kierownictwa dps. Teraz, odpukać, nie mam im nic do zarzucenia, jest dobrze i niech tak zostanie.

Czekam z utęsknieniem kiedy wyzdrowieję, zacznę ćwiczyć, zrobię jakiś program muzyczny, no i pojadę zobaczyć jak wygląda Olsztyn latem, a na razie – do zoba… NARA !!

Nie chce mi się…

Wiek, upał, niby remont w pokoju i łazience a do tego długotrwałe zapalenie nerwu kulszowego, wszystko na raz, myślę, że mam prawo nie chcieć niczego. Ten cholerny wiek powoduje, że byle co cię chwyta, ale leki to niechętnie działają. Zawsze nowy lek, czy nowy zabieg fizjoterapeutyczny, nawet nowe ćwiczenie gimnastyczne działa na mnie natychmiast i wpadam w euforię. Niestety to wszystko działa na mnie tylko raz. Teraz dostałam zastrzyki; pielęgniarka mi mówi – pani Danusiu na pewno od razu to nie przestanie boleć ale już po trzecim zastrzyku poczuje pani wyraźną ulgę. A u mnie jest sytuacja odwrotna, po pierwszym zastrzyku cud, miód i orzeszki, ja w euforii, a na drugi dzień zaczyna boleć jeszcze bardziej. Zawsze byłam taka szywarat na wywarat czyli odwrotna. To z rosyjskiego.

Remont, po prostu wymiana rur grzewczych i kaloryfera w łazience. Fachowcy przyszli jeden z nich wymontował rury i poszli. Po trzech dniach przyszli porobili dziury w ścianach i poszli. Za jakiś czas znów coś tam, coś tam i zginęli. Dziesiątego dnia przyszli i wszystko zrobili w ciągu trzech godzin. A ja przez te 10 dni byłam zawsze w gotowości i wściekła.

Nie chodzę na logopedię, nie ćwiczę, nie chodzę na żadne spacery, nie śpiewam bo nic mi się nie chce. Kochani, tak więc nie będę więcej pisała bo nie chce mi się.

NARA !!

Szaleństwa świeżo upieczonego wdowca

W poprzednim wpisie pisałam o panu którego kiedyś spotykałam dość często i zawsze gdzieś pędził, na ogół na jakieś występy z poczęstunkiem; a jego żona, która niestety już nie żyje, to była wiecznie zapracowana kobieta. Spotkałam go i w tym tygodniu. Zobaczył mnie z daleka, wchodząc już na swoją posesję, czekał aż do niego się zbliżę. Jego cała postać tryskała radością życia. Zaraz po dzień dobry spytał czy byłam w niedzielę w parku Jakubowym, była tam taka potańcówka, że jeszcze nie mogę się wyciszyć. A ludzi ile było, jak za starych dobrych czasów. Już dawno nie chodzę nigdzie, chyba, że do lekarza – odpowiedziałam. Przecież to stara pani dzielnica, nie ciągnie panią na stare śmieci ? Nic a nic. A ja, mówi ów pan, cały czas tańczyłem. Ludowa kapela grała polki, oberki, walce, nogi same chodziły. Pana nogi wiecznie gdzieś pana niosą. Teraz wygląda pan jak ktoś kto się zerwał z uwięzi i boi się, że za chwilę to co piękne może się skończyć. Pewnie i swaty zaraz się zaczną albo nawet już się zaczęły? Zaczęły się, zaczęły – odpowiada pan. Ten obiad na wsi, z ubiegłego tygodnia to już ze swatami pewnie był. Roześmiał się od ucha do ucha – głodny nie chodzę, a tam gdzie bywam stół zawsze jest bogato zastawiony. No i proszę jaki szczęśliwy wdowiec. Życzę panu żeby tak zostało, a w zasadzie tego życzę tym swatanym paniom żeby nie wpadły jak śliwki w kompot. Musi pan przyznać, że pociechy z pana, na dłuższą metę, to żadna z pań mieć nie będzie. A on na to – chyba, że byłaby to pani. Pani potrafiłaby wszystko zmienić. Zwariował pan z tego szczęścia zupełnie. Do widzenia !! Boże przebacz mu bo już nie wie co czyni. Mówię mu całkiem wprost, że jest nic nie wart a on w jakieś zaloty uderza, w zaloty do kobiety która sama ledwie zipie. Niech na prawdę na zawsze zostanie szczęśliwym wdowcem, to może ocalić jakąś białogłowę od nieszczęścia.

18 kwietnia pisałam o wystawionym u nas spektaklu jednego aktora, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pisałam też, że chciałabym o autorkach tego spektaklu dowiedzieć się jak najwięcej. Okazuje się, że to zainteresowanie zadziałało w obie strony. Pewnie z powodu mojej głośnej, jednozdaniowej recenzji. Otrzymałam od owych autorek ankietę zawierającą 31 pytań. To nie są pytania wprost, są to pytania bardzo złożone. Żeby na nie odpowiedzieć trzeba po prostu opisać swój życiorys na dodatek ujmując w nim życie moich przodków. Niestety moje życie nie nadaje się na teatr jednego aktora jeśli już to na serial i to tasiemiec. Weźmy 1 pytanie —-Gdzie się pani wychowała, jak wyglądało to miejsce. Proszę opowiedzieć o miejscu które panią ukształtowało. Jak pachniało powietrze, co było pierwszym dźwiękiem rano?—-To jest jedno pytanie z trzydziestu jeden pytań, kompletnie nie pasujące do początków mojego życia. Urodziłam się w środku wojny, w Wilnie, na dodatek kiedy właśnie tam przeniosło się centrum wojny. Urodziłam się jako piąte dziecko, kiedy już od pół roku tato był osadzony w więzieniu NKWD. Nie mieliśmy żadnego domu tylko schronienie. Szkoła i jedna z klas była schronieniem siedmioosobowej rodziny. To było trzecie już schronienie moich rodziców. Dom, który był ich dumą i ostają, został podpalony przez bojówki litewsko-rosyjskie i cała moja rodzina miała w nim spłonąć. Później to już były tylko mieszkania schronienia, zdobywane przez moją mamę, tatę UB tragicznie gnębiło, a to dlatego, że miał zbyt chlubny życiorys: legionista, Piłsudczyk, Ułan który się wsławił w sukcesach wojennych bez użycia szabelki. Ja od urodzenia do 16 roku życia zmieniałam miejsce zamieszkania sześciokrotnie. W każdym z tych miejsc byli ludzie do których wymykałam się z domu i o których nie sposób byłoby nie napisać. Tak więc sześć miejsc zamieszkania musiało by dać sześć odcinków serialu. Aż strach pomyśleć, przecież tym razem moje życie byłoby wybebeszone.

I to byłby na tyle. Coś szwankuje mi mój laptop. NARA !!

Rozmowy sprzed roku i teraz.

Ponieważ nie bardzo mam o czym pisać, zrobiłam przegląd wpisów z lipca ubiegłego roku i spróbowałam porównać te wydarzenia z dzisiejszymi. Pierwsza z nich to była rozmowa ze spotkaną na spacerze sąsiadką z ulicy Oficerskiej, czyli to takie sąsiedztwo ulic. Tej akurat sąsiadki nie spotkałam, już bardzo rzadko wychodzę, spotkałam dwie inne osoby. Rozmowy radykalnie inne. Pierwszą napotkaną osobą była pani, która była żoną poznanego kiedyś pana. Otóż ów pan, około 10 lat temu po prostu mnie zaczepił żeby pogadać. Z wyglądu bardzo nie ciekawy jegomość, taki nieduży pączuszek – wysokość i szerokość jednakowych wymiarów. Od pierwszej z nim rozmowy wpadłam w zachwyt nad tym osobnikiem płci bardzo brzydkiej. Bardzo lubiłam rozmowy z nim. To były takie chwilówki przy spotkaniu na ulicy, zwykle przed jego domem. Z chwilą kiedy poznałam jego żonę za każdym razem przy spotkaniu się z nią prosiłam żeby pozdrowiła ode mnie swojego męża. Jego widywałam coraz rzadziej a i ją nie częściej niż raz na rok. Spotkałam teraz, w lipcu, po krótkiej rozmowie, już na odchodne wrzucam – pozdrowi pani ode mnie swojego męża. Pani Danusia, on już od roku nie żyje. Idę dalej ze spuszczoną głową, wspominając cudne rozmowy z owym panem, aż nagle słyszę – dzień dobry, a co to taka zamyślona. To inny sąsiad z ulicy Oficerskiej. Taki pędziwiatr. Wiecznie gdzieś gonił. Nigdy nie usiedział w domu. Bywał na wszystkich imprezach organizowanych w mieście, zwłaszcza na tych gdzie był poczęstunek. A jego żona dla odmiany, wiecznie pracująca w ogródku. Kiedyś sama ją zaczepiłam pytając – czy pani kiedyś odpoczywa ? Wielki ogród, duży dom i wiecznie latający gdzieś mąż. Pomocy znikąd. To intelektualista, nie brudzi rąk pracą fizyczną – odpowiada owa pani. Boże, ta kobieta nawet śnieg zimą odgarniała sama, jesienią grabiła wiecznie spadające liście, a mąż słuchał w tym czasie jakiegoś koncertu. Dobrana para, nie ma co. Tym razem znów właśnie gdzieś pędził – gdzieś jest jakiś występ który nie odbędzie się bez pana – pytam. Nie, jadę na wieś, jestem zaproszony na obiad – odpowiada. Żona, to z pana nie ma żadnej pociechy; a pan na to – pani Danusiu, żona od roku nie żyje. I takie to teraz rozmowy – śmierć i choroby. Niestety i ja i moi znajomi to już ludzie wiekowi, choć młodsi ode mnie.

Opisywałam też o mojej znajomości z Krzyśkiem, jego podejściu do mnie i mojego do jego osoby. Krzysiek już od kilku miesięcy mieszka w naszym dps. Ponieważ w pierwszych tygodniach bez przerwy coś chciał ode mnie, a z nim rozmowa żadna i na żaden temat, ja szybko odcięłam pępowinę. I o dziwo Krzysiek od razu stał się samodzielny. Zaczął od zamiany pokoi. Pierwszy mu się nie podobał, pomieszkał w nim miesiąc. W drugim mieszkał też mniej więcej tyle. Aż wreszcie trafił do trzeciego, wymarzonego przez siebie pokoju. Poszłam zobaczyć jak mieszka. Byłam zaskoczona pięknym umeblowaniem, pytam – to są twoje meble z domu. Tak – odpowiada. A to nie prawda, to były meble, że tak powiem, służbowe. Przy okazji tej krótkiej wypowiedzi Krzyśka przypomniało mi się, że on nałogowo kłamie, tak więc jaki sens ma rozmowa z kimś takim. Któregoś dnia spotykam Krzyśka na korytarzu – wracam z pralni, mówi a w ręku trzyma jedną parę skarpet. Ty skarpetki nosisz do pralni? Przecież jeżdżę na wózku to i prać nie mogę. Całe życie mieszkałeś sam i sobie musiałeś radzić a teraz raptem stałeś się taką ofiarą losu. Denerwuje mnie takie pieszczenie się z sobą. Nie potrafię być miła w takiej sytuacji.

Trzecim tematem poruszanym na moim blogu w lipcu ubiegłego roku była nasza krajowa polityka. W tym względzie nic się nie zmieniło. Jedni na drugich plują tak jak pluli i nie zanosi się na zmiany.

I to byłoby na tyle NARA !!

Jak trwoga to do Boga…

Od miesiąca nie mogłam sobie poradzić z dziwnym uczuciem które mną zawładnęło. Stało się tak jak odeszła moja ostatnia siostra – Haneczka. Nie rozpaczam po niej ponieważ jak już pisałam nie lubiłyśmy się, nie spotykałyśmy się bo nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia. Ja chyba w ogóle nie rozpaczam po niczym i po nikim. Rozpacz odeszła razem z młodością. A że nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia to tylko tak mi się wydawało, przecież miałyśmy. Jako dorosłe osoby powinnyśmy do swojej niezgody podejść ze zrozumieniem. Niestety charaktery. ( I te charaktery odziedziczyły po nas nasze dzieci ). To dziwne uczucie które mi teraz towarzyszy to jakiś strach, że teraz jestem najstarsza w rodzinie. Jestem zatrwożona, tak ,to najwłaściwsze określenie. Przez 84 lata byłam najmłodsza, owszem już stara jednak nie najstarsza, aż tu raptem jestem najstarsza i jedyna. Poczułam jakiś strach przed obowiązkiem bycia najstarszą. Zaczęłam modlić się prosząc o pomoc żebym sobie z tym starszeństwem poradziła. Doszłam do wniosku, że muszę się skupić wyłącznie na swoich najbliższych, że na rodziny mojego rodzeństwa przecież wpływu nie będę miała. Chociaż nawet na swoich bliskich również nie mam wpływu, bo co ja mogę? Poszłam wystraszona do kościoła, dałam na mszę prosząc Boga żeby zajął się moją najbliższą rodziną. A jest tego trochę. To jest 14 osób których trzeba by chronić i wspierać. Ja to już tylko będę się modlić żeby nie zapomnieć ich imion. Jak cały Kościół pomodlił się za moją czternastkę żeby żyli w zdrowiu, miłości i po Bożemu do późnej starości razem, zrobiło mi się lżej. Pomyślałam, że w tej trosce nie jestem już sama. W sumie z Haneczką miałyśmy bardzo podobne losy. Obie rozwiedzione i do końca same wychowujące dzieci. Nasi mężowie mieli takie same imiona. Ona miała dwóch synów ja dwie córki. Tak jak my ze sobą nie rozmawiałyśmy tak samo jej synowie zagniewani byli na amen na siebie a i moje córki już od 15 lat ze sobą nie rozmawiają. Jeden z synów Haneczki już od 10 lat nie żyje; zostawił po sobie syna. Drugi syn ma dwie córki. Tak więc i Haneczka i ja mamy trójkę wnuków, z tym, że ona miała dwie wnuczki i jednego wnuka ja odwrotnie – dwoje wnuków i jedną wnuczkę. O pogrzebie Haneczki powiadomili mnie jej wnukowie, którzy całą trójką przyszli do mnie do dps. Są równie piękni jak i moi. Synowie Haneczki to wyjątkowo uparci chłopcy. Wyobraźcie sobie, że młodszy syn Haneczki tak był obrażony na ojca, że jak ojciec dwa lata temu, przysłał mu w ramach przeprosin 500 000 euro on te pieniądze ojcu odesłał, z dopiskiem – nie obchodziłem ciebie całe życie i niech tak zostanie. Ani żona jego ani córki nie odważyły się kwestionować decyzji ojca. W sumie ten młodszy to nawet nigdy nie widział ojca. Był jeszcze niemowlęciem jak ojciec zakochał się w innej kobiecie i wyjechał do Niemiec. Tam prowadził swoje biuro architektoniczne i żył na wysokim poziomie. Innych dzieci nie miał tak więc jak śmierć zajrzała mu w oczy przypomniał, że jednak dzieci ma i ma komu zostawić spadek. Nawet nie wiedział, że starszy syn nie żyje; wnuk po tym zmarłym synu nie obraził się na pół miliona, ale dziadka nie chciał poznawać, z szacunku do nieżyjącego ojca. A ów dziadek w Niemczech nie miał już nikogo i ślad po nim zaginął. Młodszy syn Haneczki wchodząc w życie dorastającego chłopaka napytał sobie biedy, z której sam się wykaraskał, dlatego miał taki a nie inny stosunek do ludzi. No nie zupełnie sam, pomógł mu ktoś kogo nawet nie znał. Otóż, będąc w drugiej klasie liceum sportowego, zakochał się w koleżance z klasy. Mając po 16 lat dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. Zarówno matka jego jak i rodzice jej odwrócili się od nich. Zlitował się nad nimi dziadek dziewczyny mieszkający na zupełnym odludziu i żyjący z uprawy ziemi. Wziął ich do siebie, tłumacząc jednocześnie, że muszą być pod opieką starszych osób ponieważ są jeszcze dziećmi. Dziadek był samotnym, schorowanym człowiekiem a jednak rękę podał. Mieszkali razem do ich pełnoletności, później dziadek wyprowadził się do córki a dom i hektary zostawił młodym. Dzisiaj ci młodzi już nie tacy młodzi, są nadal razem. Na hektarach po dziadku założyli ogrodnictwo kwiatowe. Żyją w pięknym domu i powodzi im się bardzo dobrze. Dopiero na pogrzebie Haneczki poznałam jej synową – piękna kobieta; no ale i synowie Haneczki to chłopaki na schwał.

I takie to różne są koleje losu. NARA !!

Anomalia to czy rzeczywistość ?

Dwa tygodnie upałów i już rwetes. Ja również nie lubię upałów, ponad wszystko kocham polską złotą jesień, ale niestety wszystko co aura nam przynosi przeżyć trzeba. A te wybryki natury, typu – upały, susze, ulewy i podtopienia to jest już rzeczywistość. Ponieważ bardzo lubiłam opisywać pogodę, kiedyś w swoich wierszach, to ośmieliłam się do porównań pogodowych lat 2006 z rokiem obecnym. Wówczas bardzo dokładnie opisywałam pogodę a dziś ją przeżywam. Tak więc zacznę od zimy. Tej zimy dwukrotnie musiałam odwoływać swoje wyjścia do miasta ponieważ były bardzo obfite opady śniegu a więc dla mnie rzecz nie do pokonania. Nie tylko dla mnie, któregoś dnia przed 6 rano wychodzę do atrium żeby poćwiczyć, a na korytarzu śmiechy, chichy, nasza pracująca młodzież, a dojeżdżająca samochodami, nie może wrócić do domu po nocnym dyżurze, ponieważ drogi są całkowicie nie przejezdne, zasypane śniegiem; na pierwszą zmianę przyszli ci co szli z buta nie jechali. A to był listopad. W 2006 r. w swoim wierszyku pisałam: —-jeszcze wczoraj na Zaduszki złota jesień była, a dziś zima. —- Trwała ona bardzo długo i nazwana była zimą syberyjską, bo jeszcze w marcu pisałam -… to zimowy kulig dzwoneczkami dzwoni, roześmiana dziatwa chce wiosnę dogonić; a wiosna ucieka za lasy i morza, u nas ziemia skuta lodem, do nas wiosna dojść nie może. ….Tak więc zima trwała 5 miesięcy. Maj był zimny i dżdżysty i jeszcze kilka dni czerwca, a później przyszło upalne, niekończące się lato. Zaczęło się w pierwszych dniach czerwca a już w lipcu wszystko było wypalone, a deszcz spadł dopiero w sierpniu. Pisałam o tym tak: -…rozgrzana kula słońca ogniste promienie rzuca. Skwar ziemię wypala, jej soki wysusza. Na lipcowej łące trawa wysuszona, kłosy ziaren wyschnięte, to przyroda kona. …. Dopiero sierpień przywitał nas złotym deszczem; dlatego złotym bo upragnionym, ale razem z nim przyszły ulewy i powodzie. Tak więc to już jest rzeczywistość nie są to anomalie. I dzisiaj tak jest i tak było rok czy 5 lat temu, muszę o tym pisać bo są to rzeczy ważne, a wszystko co ważne musi być ujęte w pamiętniku prababci, zwanym blogiem.

A tym ważnym wydarzeniem jest również zmiana frontu Prezydenta Ukrainy względem Polski. I co Wy na to ? Na pewno już takiej sympatii jaką mieliśmy, pomimo wszystko, do Ukraińców już nie mamy i mieć nie będziemy. Załęski napluł nam w twarz i chciałby żebyśmy powiedzieli, że to był deszcz. Wiemy, że pomagać musimy ale mam nadzieję, że wszystko teraz będzie przekalkulowane żebyśmy nie żałowali swojej naiwności. Nasz Minister Sikorski spotkał się z Ministrem Spraw Zagranicznych Ukrainy, po długich rozmowach odpowiedź Ministra Sikorskiego była krótka: ” będzie dobrze ” czyli, że nie jest. Za czasów mojej młodości o ludziach zawziętych, skłonnych do bójek i nie ustępliwych, mówiono, że to Ukrainiec. Jak widać coś w tym jest.

Równie ważnym wydarzeniem dla nas mieszkających w dps jest wygranie przetargu na najdroższą aptekę w mieście. Kilka lat temu prowadziłam wojnę z naszą dyrekcją w sprawie wyboru apteki, dziś już nawet nie zaczynam, szkoda zdrowia, bo tak głupich odpowiedzi jakie otrzymywałam od pani dyrektor to nawet nie chcę wspominać. Wszystkie odpowiedzi brzmiały tak samo jak dzisiejsza wypowiedź obrońcy pana Ziobry, cytuję – pan Ziobro nie ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, on po prostu przemieszcza się. A ja po prostu wybieram się do miasta po leki, w mieście każda apteka w obrębie Zatorza jest tańsza od naszej wygranej w przetargu.

I to już koniec biadolenia – NARA!!

Sukces czy porażka?

Na to pytanie jest bardzo trudno odpowiedzieć, w wielu dziedzinach jest po prostu kogiel mogiel. Zarówno Polska jak i świat podzielony jest na pół i to co dla jednych jest sukcesem to ci drudzy krzyczą, że to porażka. Tramp chwali się sukcesami a reszta świata twierdzi, że cokolwiek by zrobił czy nie zrobił to naraża się przede wszystkim obywatelom swojego kraju ale i reszcie świata. Za Trampem krok w krok podąża nasz Nawrocki i tak jak Tramp ogłasza się królem świata to Nawrocki za wszelką cenę chce być najważniejszy w Polsce. Z jego zachowania wynika, że nie uznaje demokracji i marzy mu się dyktatura. Wymaga żeby Rząd wszystko cokolwiek ogłosi czy zrobi najpierw uzgadniał z Nim, ale On sam z Rządem nie uzgadnia niczego, i o dziwo w sondażu na najwyżej cenionego polityka w Polsce, Nawrocki jest na pierwszym miejscu, a zaczęło się od tego nieszczęsnego Orderu. I tak oto doszliśmy do Ukrainy, która na początku wojny rosyjsko – ukraińskiej połączyła Polaków współczuciem do siebie i niesieniem pomocy naszym biednym sąsiadom. Z chwilą kiedy nasz Prezydent oznajmił odebranie Orderu Orła Białego Załenskiemu, znów podzieliliśmy się bo zaczęliśmy dostrzegać brak wdzięczności ze strony Ukrainy. Widzimy, że Ukraińcy biorą chętnie ale cokolwiek dać, to już problem. Zaczęły się uwidaczniać podstępne działania świadczące, że to jest kraj na który liczyć my nie możemy. To Polacy jak wiedzą, że muszą coś dać żeby pomóc, to zapominają o sobie i pomagają. Ukraińcy przede wszystkim myślą o sobie. No weźmy chociażby ostatnie zachowanie się Mera Lwowa, przyjechał nie zaproszony na Światowy Zjazd Biznesu do naszego Gdańska i zaczął działać pokątnie nie ujawniając się, że jest i podpisał 6 umów w ramach odbudowy Ukrainy z krajami zachodnimi nie mówiąc Polakom nawet dzień dobry. My Polacy musimy to wszystko znosić cierpliwie i czy chcemy czy nie musimy Ukrainie pomagać bo nikt nie chce żeby Ukraina przegrała wojnę, ponieważ nigdy nie będzie niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy, zacznijmy jednak kalkulować czy to co robimy doprowadzi nas do sukcesu czy będzie to porażka.

I to byłoby tyle, jak na te upalne dni to w zupełności wystarczy. NARA !!

Codzienność staruszki.

Zaczęłam korzystać z zabiegów naszej fizjoterapii. Nie wiem czy podwieszki na ręce albo platforma wibrująca mięśnie nóg, to są zabiegi, ale z tego właśnie korzystam. Od ciągłego podpierania się na moim chodziku wysiadły mi barki do tego stopnia, że któregoś dnia musiałam prosić o pomoc przy założeniu swetra, i właśnie wtedy przypomniało mi się, że podwieszki wszelkiego rodzaju działają na mnie jak najlepsze środki przeciwbólowe. Natomiast platforma wstrząsająca mięśnie nóg to mój pomysł na wieloletnie męki nocnych skurczy nóg. Nie wiem czy to dobry pomysł, ale próbuję wszystkiego i jak do tej pory nic nie pomaga, żadne tabletki z magnezem, potasem i witaminami z grupy B. Do tego doszło, że w moim organizmie zebrało się za dużo potasu, a problem w tym, że i nadmiar i niedobór potasu czy magnezu daje takie same objawy. I bądź tu mądra. Usiłowałam likwidować skurcze drogą eliminacji, to znaczy odstawiałam wszystkie używki które mogą wypłukiwać minerały z organizmu i niestety nic nie pomagało. Ostatnia deska ratunku to ta platforma. A nóż widelec pomoże. Jak już byłam przypięta do podwieszek, a raczej moje ręce nie ja, popatrzyłam na obecne na sali gimnastycznej osoby i doznałam dziwnej ulgi. Uświadomiłam sobie, że nie ma już osób które mnie gnębiły, albo osób które bały się do mnie zbliżyć bo będą za to gnębione. Pomyślałam, że przecież idąc na salę nie spotkałam też ani jednej osoby nie przychylnej do mnie, a przecież przed stołówką siedziało około 20 osób. BOŻE JAKA ULGA. Nie ma już ludzi którzy podkładali mi kłody pod nogi. Dręczyli mnie ponad 10 lat. Są jeszcze trzy osoby które: jedna z przyzwyczajenia jest mi nie miła – to Jan, czyli PAN NIKT, ale mnie to ni ziębi ni grzeje, druga osoba to pani dyrektor, choć mam wrażenie, że ona jak mnie widzi to jej się przypomina jaka była wobec mnie i jest jej łyso, czyli tak trochę wstyd, jeśli w ogóle takie osoby znają takie odczucia jak wstyd; ja mam jednak wrażenie, że tak jest. No i trzecia osoba to siostra przełożona. To jest z krwi i kości zły człowiek, ona może by i nie chciała być taką jaką jest, ale inaczej nie umie. Robienie świństw wszystkim którzy są blisko niej sprawia jej satysfakcję. Ja na nią już patrzę z politowaniem, dla mnie to jest nędzny człowieczek.

Jestem zachwycona zabiegami które sobie wymyśliłam, czyli podwieszkami na bark i platformą na nogi. Podwieszki miałam zaledwie dwa razy, ale były bardzo profesjonalnie zainstalowane na moich ramionach. Zrobiła to oczywiście Asia. Ból ramion ustąpił definitywnie; z platformy skorzystałam również tylko dwa razy i tak samo rewelacja, w tym wypadku jednak to było dwojako, za pierwszym razem program był ustawiony na wibrację ud, ponieważ po pierwsze narzekałam na skurcze mięśni ud, a po drugie podobno ze względu na żylaki nie mogę mieć masowanego podudzia i w konsekwencji miałam nadal skurcze tyle że nie tak silne. Za drugim razem program ustawiła mi Bogusia – koleżanka która właśnie zeszła z platformy i zrobiła dla mnie takie ustawienie jakie ona miała. To były bardzo silne wstrząsy podudzi, i to była rewelacja. Trzy noce bez skurczy. Mogę się przeciągać w różne strony i nic. Jak zbliżała się godzina trzecia nad ranem zawsze budziły mnie skurcze a tym razem ja budziłam się sama i prowokowałam organizm żeby sprawdzić czy to czortostwo mnie złapie i nie złapało. Polecam. Będę musiała skonsultować z naszym lekarzem jak wybrnąć z sytuacji kiedy wibracje podudzi pomagają na skurcze idealnie ale szkodzą na żylaki. Czy jest jakiś sposób żeby był i wilk syty i owca cała.

Jutro przyjdzie do mnie 10 osób w tym troje małych chłopców, niestety w naszym domu nie ma miejsca gdzie można by przyjąć tylu gości, nasze pokoiki są za małe. Jest ewentualnie pracownia logopedyczna Kasi ale ona jest mała, 10 osób dorosłych usiądzie na kanapach i jeśli nie będzie się wiercić to wytrzyma z godzinkę, ale co z dziećmi? Na zewnątrz, pod tak zwanym grzybkiem, zazwyczaj goszczą obcy ludzie, bo to jest piękne miejsce pod lasem. Przyjeżdżają z miasta i robię sobie grila. Przecież ich nie wyproszę. Budynek wielki a miejsca na spotkania w liczniejszym gronie, brak.

I to wszystko, NARA !!

Rynna…

Obiecywałam, że na każde zadane przez moich czytelników pytanie, szczerze odpowiem. A tu stop, nie na każde. Od tygodnia przymierzam się żeby odpowiedzieć Wam na jedno z nich , i nie wychodzi. Gotowa jestem nawet przestać prowadzić bloga żeby tylko nie musieć opisywać swoich jedenastu lat w małżeństwie. A tego typu pytaniami jestem wręcz zasypywana, więc coś trzeba. Dopiero teraz rozumiem kobiety które pomimo gehenny w domu nikomu o tym nie mówią. To jest tragicznie ciężkie. W człowieku następuje taka blokada, że nie sposób jej zerwać. Zablokowany jest i umysł i serce. Człowiek staje się taki ubezwłasnowolniony i na to nie ma wpływu. Teraz mówi się, że temat nie został przepracowany z psychologiem. Ponieważ niczego nie przepracowywałam z kimś to spróbowałam to zrobić sama z sobą; do pamiętnika rodzinnego pisanego w formie korzeni rodzinnych, dopisałam część zatytułowaną – z deszczu pod rynnę – i w tej części opisałam to swoje życie w małżeństwie, ale pokazać tego komukolwiek, nie potrafię. I tak tkwię w tej rynnie. Zaczęłam przeglądać bloga – prababcia 102 – żeby zorientować się czy coś na ten temat kiedykolwiek pisałam- i owszem, robiłam takie wrzuty słowne, ale to było chyba tylko dla wtajemniczonych a takich brak. Dlaczego tę część rodzinnych korzeni zatytułowałam – z deszczu pod rynnę, otóż od trzeciego roku życia do szesnastego byłam bita przez brata. Dlaczego? opisuję to w rozdziale bloga zatytułowanego – Gala. Jako małe dzieci mieszkaliśmy w szkole rosyjskiej i chodziliśmy do przedszkola rosyjskiego. Mój brat jako przedszkolak wielkim patriotą był i nigdy nie odpowiedział nikomu inaczej jak po polsku; za to właśnie był bity przez rówieśników. Ja natomiast odpowiadałam każdemu w języku w jakim byłam pytana i za to obrywałam od brata w domu. To bicie mnie weszło mu w krew aż ja powiedziałam dość i wyszłam za mąż żeby uwolnić się od brata i tak wpadłam z deszczu pod rynnę mając lat siedemnaście. To moje wyjście za mąż również opisałam na blogu w dniu 12 IX 2018r. zatytułowane – szczyty głupot. Żeby nie sąsiad z ul. Radiowej pewnie w tym związku tkwiłabym latami, ale to on, sąsiad i szef wydziału śledczego Komendy Wojew. postawił mnie do pionu. Od rozwodu nie ośmieliłam się żyć w związku z jakimkolwiek mężczyzną. Wolałam nie ryzykować. Ale za to dziś, jestem cholernie silna pod względem psychicznym. Dlatego właśnie, pomimo wielkich starań kierownictwa naszego DPS żeby mnie wykończyć, nic z tego nie wyszło. Jestem odporna na wszelkie wstrząsy psychiczne.

I to wszystko, więcej nie dam rady – NARA !!